Urodziłem się w 1933 roku we wsi Załęże, w powiecie kartuskim na Kaszubach. Rodzina moja zajmowała się rolnictwem. W mojej miejscowości były indywidualne gospodarstwa. W 1940 roku chodziłem do niemieckiej szkoły. W domu i na przerwach między sobą  mówiło się po kaszubsku, ale do nauczycieli trzeba było mówić po niemiecku. Ile klapsów dostaliśmy za złe wymawianie słów. Polaków wywożono do Oświęcimia i na tych terenach osiedlali się Niemcy. Do kościoła chodziliśmy pieszo albo jeździliśmy rowerami do Przodkowa. Do lekarza musieliśmy jechać do Kartuz.

Moja mama zmarła przy porodzie. Zostaliśmy sami z ojcem, a było nas pięcioro. Naszym wychowaniem zajęła się babcia. Gdy skończyłem osiemnaście lat rozpocząłem pracę w Gdańsku. Później poszedłem na dwa lata do wojska. Po odbytej służbie wojskowej przyjechałem do Wróblewa, bo tu miałem pannę. Do Wróblewa przyjeżdżałem jeszcze w czasie wojny, bo mieszkała tu moja ciotka i kuzynka. Początkowo u niej mieszkałem. Kiedy się ożeniłem to teść dał nam pokój. Podjąłem pracę na rok w melioracji, a później na kolei, przy wąskotorówce. Przez dziewiętnaście lat pracowałem jako grupowy toromistrz. Miałem pod sobą siedmiu ludzi. Do moich zadań należało dbanie o tory, przekładanie podkładów, pilnowania prześwitu, aby nie było za wąsko ani za szeroko. Zimą musiałem czyścić przejazdy, a było ich niemało.

Wąskotorówka jeździła z Gdańska do Przejazdowa. Z Przejazdowa przez Giemlice, Koszwały do Trutnowa i z powrotem do Przejazdowa. Potem wąskotorówkę rozebrałem, bo był taki prykaz. Od 1976 roku przeniesiono mnie do Pruszcza na średni tory i pracowałem tam do emerytury, czyli do roku 1991.

Kiedy zamieszkałem we Wróblewie mieszkańcy dobrze mnie przyjęli. Choć dochodziło do zatargów... Zdarzało się, że wyzywali mnie od Kaszubów. To nie było dla mnie przyjemne.

Podobało mi się tutaj. Ziemia była lepsza i urodzajniejsza niż na Kaszubach.
W wyniku działań wojennych w gminie Suchy Dąb zniszczone były domy, spalone stodoły Pamiętam jeszcze Niemców w okopach i wkraczających Rosjan. Moi teściowie mieli przy Motławie schron, w którym skryli się przed ostrzałem. Moja żona wyszła z ukrycia i chodziła po wale, trafił ją pocisk na wylot.

Zakorzeniłem się tutaj tereny, skąd pochodzę wyglądają dziś zupełnie inaczej niż kiedyś. Z mojego dzieciństwa pamiętam kosowski las. Dziś wszystko jest zalesione, trudno rozpoznać te strony. Mało jest ornej ziemi.

 

Z Panem Wacławem Dombrowskim rozmawiały Kinga Brzykcy i Nikola Mazurowska
Opiekun pani Grażyny Knitter.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież