Wspomnienia pana Mieczysława Fudaleja

W którym roku przybyłem do Steblewa?- śmieje się pan Mieczysław Fudalej, ja mogę podać dzień miesiąc i rok. To był 1 marca 1948 roku. Kiedy przyjechałem na Żuławy miałem już 26 lat, żonę i dziecko .Do przeprowadzki zmusiła nas bieda powojennych lat. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. Po ślubie krótko mieszkaliśmy w domu teścia, ale było tam bardzo ciasno. Przenieśliśmy się więc do Starachowic. Nie polepszyliśmy sobie życia. Pracowałem w hucie, na wielkim piecu. Zarobek mały, mieszkanie na poddaszu kamiennego domu, wszędzie straszna wilgoć. Nie można było dłużej tak żyć, trzeba było znaleźć inne rozwiązanie. Wiedziałem, że ciągle szukają ludzi, którzy chcieliby osiedlić się na ziemiach odzyskanych. Przeniósł się tam już mój szwagier i wielu sąsiadów z Nietulisk Małych. Pojechałem zobaczyć. Był to rok 1947, upatrzyłem sobie mały  domek, szwagier pomógł mi go załatwić. Ciężko było, ale załatwiłem i dzięki Bogu mieszkam tutaj do dziś.

Nadszedł czas przeprowadzki. Ludziom, którzy przenosili się na ziemie odzyskane PUR* dawał darmowy wagon. Właściwie to nie miałem nic do zabrania, cały majątek to drzwi do jednego pokoju i stół - to zdążyłem już zrobić. Ale mój wagon nie był pusty. Z wolnego miejsca skorzystał Józef Dwojak i Jan Ziewiec, którzy już wcześniej przenieśli się do Steblewa. Dowiedzieli się, że mam wolne miejsce i przewieźli resztę swoich rzeczy. Gdy po czterech dniach dotarliśmy do Zajączkowa Tczewskiego, pomogli mi dostać się do wsi. Na miejscu płacz i lament. W domu, który zobaczyła żona nie było nic oprócz ścian; ani podłogi, ani okien i drzwi, tylko wiatr hulał. Zabraliśmy się ostro do pracy i czasu na płacz już nie było. Jestem cieślą, wszystko robiłem sam. Byłem sobie majstrem i pomocnikiem. Teraz kiedy się mówi, że trzeba to sprzedać bo nikt z rodziny nie chce tu mieszkać, to bardzo mi szkoda. Tyle się tu napracowałem, każda futryna, każde okno ma swoją historię, no ale tak to już w życiu bywa... milknie na chwilę pan Fudalej.

Po przyjeździe w 1948 roku najpierw pracowałem prywatnie u ludzi, robiłem podłogi, drzwi, okna, pracy było dużo, wszyscy się urządzali. Potem pracowałem w grupie budowlanej w Pszczółkach. Po utworzeniu PGR-u w naszej wsi ówczesny kierownik namówił mnie - „chodź do nas, nie będziesz musiał dojeżdżać tak daleko rowerem, z twoim fachem robota też się u nas znajdzie”. Długo pracowałem w Steblewie, potem był Gdański Siarkopol. Męczyły mnie dojazdy i przeszedłem do brygady budowlanej w Długim Polu. Tam pracowałem już do emerytury.

Teraz na emeryturze życie biegnie spokojnie, pomalutku, ale nie zawsze tak było- wspomina pan Mieczysław. W czasie wojny, tam u nas w kieleckim byłem w partyzantce. Tak, chcieliśmy wypędzić Niemców z Polski. Dostaliśmy karabinek, kilka pocisków i z tym szliśmy na takiego smoka... Oj młodzi byliśmy - uśmiecha się do nas Pan Fudalej. Wspólnie oglądamy pamiątki naszego gospodarza: „Akt mianowania szeregowca Mieczysława Fudaleja s. Jana na stopień podporucznika Wojska Polskiego” z dniem 28 lutego 2002r. nadany przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, „legitymację żołnierza AK – Akcji Burza” i pamiątkowy dyplom nadany z okazji 60 rocznicy zakończenia II Wojny Światowej. Czytamy: „weteranowi walk o niepodległość w dowód uznania za chwalebny żołnierski czyn dokonany w okresie wojny”.

W partyzantce byłem od 1941 roku - kontynuuje - prawie cztery lata. Początkowo mieszkałem w domu. Jak szykowano akcję przychodził goniec z rozkazami i działaliśmy. Najczęściej braliśmy udział w wysadzaniu torów kolejowych. Przeszkadzało się Niemcom w dostawach na wschód. Pamiętam taką jedną akcję na małej stacji kolejowej, ja byłem w ubezpieczeniu bocznym. Najpierw wskoczyliśmy do zawiadowcy stacji, trzymany na muszce opuścił semafor i zatrzymaliśmy pociąg. Pozostali chłopcy wskoczyli do parowozu, obezwładnili Niemców, „robota” szła szybko. Z transportu zabraliśmy co się dało i załadowaliśmy na wozy. Nie powiem, „odważne były chłopaki”. Później, pod koniec wojny, już się bałem mieszkać w domu. Niemcy byli coraz bardziej  podejrzliwi, więc „smyknąłem” do lasu. Oddziały partyzanckie tam u nas w Lasach Świętokrzyskich były duże, olbrzymie kwatery, ułani na koniach. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, ruszyliśmy na pomoc walczącej stolicy. Na miejsce nie dotarliśmy, wszędzie było dużo Niemców, a do przejścia 200 kilometrów. Szliśmy nocami, w dzień spaliśmy w sianie. Nie przedarliśmy się daleko, rozkazy zostały zmienione i wróciliśmy do siebie. Jest co wspominać, pamięć dobra, szkoda, że zdrowie nie takie. Chociaż nigdy nie myślałem, że dożyję 2000 roku  i XXI wieku. Dzięki Bogu mamy już 2008 rok, a ja mam 86 lat.

Dzisiaj nie żałuję, że tu przyjechałem. Dobrze mi tu było. Harowałem od rana do nocy, w pracy zawodowej i po pracy. Taki mam charakter, lubię robotę i już. Wreszcie mieliśmy swój dom i kawałek ziemi. Lubiłem przy tym chodzić. Pobudowałem obórkę ,sam zrobiłem śrutownik i nawet wymyśliłem maszynę do młócenia maku. Wielu gospodarzy z naszej wsi korzystało z mojej maszyny. Żona też jest pracowita, czego ona nie hodowała: świnie, kury, kaczki, indyki i krowa też była. Mieliśmy dla kogo żyć i pracować. Mamy trzy córki. Uczyły się w Gdańsku i tam zostały, nie chcą mieszkać na wsi. Przyjeżdżają, pomagają, ale wracać nie chcą, wolą Gdańsk. Pan Fudalej ponownie sięga do przygotowanych pamiątek, pokazuje nam list gratulacyjny, który wspólnie z żoną otrzymali od Prezydenta Rzeczypospolitej z okazji 60 rocznicy ślubu. List przywołuje następne wspomnienia- nasz gospodarz starannie składa papier i wesoło opowiada dalej. Z żoną poznaliśmy się już po wojnie. Miałem kolegę listonosza, a listonosz wiadomo chodzi po domach i najlepiej wie, gdzie jakie dziewczyny mieszkają. Kolega namówił mnie, żebyśmy w niedzielę poszli do jednej takiej, ładnej dziewczyny. Miał ją na oku - śmieje się pan Fudalej. Poszliśmy razem, raz, drugi i trzeci. Za czwartym razem już się z nim nie umawiałem, poszedłem sam. Matka listonosza mówiła później: „mojemu synowi dziewczynę odebrałeś”. Ale jak to odebrałem, też miał nogi, nawet lepsze w końcu to listonosz, też mógł chodzić- znowu śmieje się nasz rozmówca. Myślę, że długo pan Mieczysław mógłby jeszcze opowiadać, a my długo mogłybyśmy jeszcze słuchać. Nie chcemy jednak nadużywać gościnności. Żegnany się, Gospodarz odprowadza nas do drzwi, zaprasza ponownie. Wychodzimy na ładne, zadbane podwórko. Trawa przystrzyżona, krzewy wypielęgnowane, zabezpieczone przed mrozem. Wszędzie widać pracowitość gospodarzy, jak to mówi pan Mieczysław Fudalej – „Bo tak to już jest, lubi się robotę i już...”

 


*              Państwowy Urząd Repatriacyjny



 

Dokumenty z rodzinnego archiwum pana Mieczysława Fudaleja

 











Wspomnienia spisała Żaneta Lewandowska ucz. kl. III  Gimnazjum w Suchym Dębie
Pomoc w opracowaniu Katarzyna Chajek

 

Śp. Mieczysław Fudalej zmarł 19 kwietnia 2009 r.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież