Wspomnienia pani Anny Petrus.
 

Dzwonek do drzwi. Otwiera nam 78-letnia pani. Okulary na nosie, ciepły uśmiech, papiloty ukryte pod chustką w kwiaty. Obraz prawdziwej babci, później dowiemy się, że już prababci.
Zaprasza nas do przytulnej kuchni. Gdy siadamy rozpoczyna swoją opowieść.
Rodzice moi spotkali się w 1928 roku na Żuławach. Mama pochodziła spod Chojnic, a ojciec niedaleko stąd, z Borkowa. Przyjechali do pracy, poznali się, pobrali i już tu zostali. W 1929 roku urodził się mój brat, rok później ja. Mamy nie pamiętam, zmarła, jak miałam rok. Tata pojechał do rodziny pod Chojnice i wkrótce wrócił na Żuławy z nową żoną i dwójką małych dzieci z pierwszego małżeństwa (mną i moim bratem). Nową żoną była szesnastoletnia siostra mojej mamy - pani Petrus przerywa swoje opowiadanie i mówi do Żanety: Była młodsza od ciebie, prawda?

Wówczas życie było zupełnie inne. Ojciec pracował u wielu bauerów, coś nie mógł się z nimi zgodzić, dlatego często przenosiliśmy się. Mieszkaliśmy w Giemlicach, Koźlinach i Długim Polu, zawsze jednak tu, na Żuławach. Podobnie jak my żyło wiele rodzin. Ciężkie to były dla mnie czasy. Teraz dzieci mają dużo lepiej. W domu było nas ośmioro, ja z bratem i jeszcze sześcioro dzieci z drugiego małżeństwa taty. Ciężko wyżywić taką gromadkę.

Mimo smutnych wspomnień z okresu dzieciństwa pani Petrus śmieje się i żartuje: Ale za to żywiliśmy się zdrowo, ekologicznie. Dostawaliśmy od bauera mleko, z którego robiło się masło i twaróg. Placki ziemniaczane piekło się prosto na wyszorowanych i rozgrzanych fajerkach jak na patelni, bez tłuszczu, również zdrowo – żartuje znów nasza rozmówczyni.

 

Czasami wieczorem podkradało się z pola buraki. Mama robiła z nich syrop. Smarowaliśmy tym chleb. To było naprawdę dobre! - dodaje. Podczas świąt bauer zapraszał swoich pracowników z całą rodziną do siebie do domu. Smak ciastek i cukierków, których mieliśmy okazję wtedy spróbować, musiał nam starczyć do następnych świąt.

Co niedziela chodziliśmy do katolickiego kościoła w Giemlicach. W kościele w Steblewie byłam tylko raz, na pogrzebie kolegi z klasy, który utopił się w Wiśle. Kilka razy przeprowadzaliśmy się, chodziłam więc do wielu szkół. Były to szkoły niemieckie. Rozpoczynałam naukę w Giemlicach, potem była szkoła w Koźlinach, najdłużej uczęszczałam do szkoły w Długim Polu. W szkole mówiłam po niemiecku, w domu po polsku, ale lubiłam chodzić do szkoły. Nie zawsze starczało czasu na naukę, często zajmowałam się młodszym rodzeństwem. Aby dobrze przygotować się do szkoły, wstawałam wcześnie rano razem z ojcem. Tata szedł do obory, a ja odrabiałam lekcję. Lubiłam się uczyć, szkoda, że nie miałam takich warunków do nauki jak macie teraz. Teraz to zupełnie inny świat. My w szkole pisaliśmy jeszcze na tabliczkach. Zawsze w sobotę należało wyszorować jej ramki do czysta - znowu uśmiecha się pani Petrus. Miałam 14 lat, gdy skończyłam szkołę. W tym czasie kończyła się również wojna.

Wiosna 1945 roku to ciężki i bardzo trudny czas dla mojej rodziny. Zbliżał się front, część Niemców wcześniej opuściła już Żuławy. Niepokój narastał, słychać już było nadchodzące wojska i wówczas wszystkim, którzy zostali, kazano szybko opuścić domy. Tato znalazł jeszcze parę koni i wóz, załadowaliśmy w pośpiechu co się dało i wyjechaliśmy z Długiego Pola. Pierwszą noc spędziliśmy na łące w Leszkowach, potem z cofającym się wojskiem niemieckim dotarliśmy do Świbna. W lesie w ziemiankach spędziliśmy kilka dni. Nie było już co jeść, Niemcy zabrali nam konie na rzeź. Rosjanie byli coraz bliżej, a my uciekaliśmy dalej. Nocą wyruszyliśmy kutrem do Helu. Siedzieliśmy skuleni obok siebie, woda chlupała, byliśmy cali mokrzy... - wspomina gorzko pani Petrus. Ale najgorsze było jeszcze przed nami. W Helu mieszkaliśmy z innymi uciekinierami w barakach, przeżywając kolejne naloty. Ilu wtedy ludzi zginęło, ile śmierci widzieliśmy, nie da się tego opisać. Potem przypłynął statek, stał daleko w morzu. Z portu łodzie i kutry dostarczały ludzi na statek. Tylko ludzi, inne rzeczy wyrzucano do wody, wszędzie pływały paczki, pierzyny, walizki. Pamiętam jeszcze straszne krzyki i głośne nawoływania. Czekaliśmy...

Nie zabrali nas, zostaliśmy na brzegu. Tak widocznie musiało być. ŻYJĘ! - na chwilę na twarzy pani Petrus znowu pojawia się uśmiech, ale szybko gaśnie. Ile znajomych rodzin wsiadło na ten statek - żal wspominać. Już kilka godzin później dotarła do nas wiadomość o jego zatonięciu. Na Helu pozostaliśmy już do końca wojny. Mieszkaliśmy w bunkrach razem z wojskiem niemieckim. Codziennie z młodszym bratem chodziłam do kuchni polowej po zupę i chleb.

Dzień 9 maja 1945 roku pamiętam bardzo dokładnie, chociaż upłynęło ponad sześćdziesiąt lat. Już dzień lub dwa dni wcześniej zrobiło się jakoś cicho, część niemieckich żołnierzy musiała już opuścić miejscowość. Rano ktoś przyszedł do bunkra z wiadomością, że skończyła się wojna. Nie byliśmy do końca pewni, czy to prawda, ale bardzo się cieszyliśmy. Był piękny, słoneczny dzień, mama przed bunkrem szykowała śniadanie, gdy nagle nadleciały radzieckie samoloty i zbombardowały Hel. Potem wszystko ucichło. Szybko wszędzie pojawili się radzieccy żołnierze. "Wyzwolili" i uważali, że mogą robić z nami co chcą. Całe szczęście ciągle wyglądałam jak dziecko, inne dziewczyny i kobiety nie miały tyle szczęścia. Sowieci gwałcili i bili. I ten straszny głód, tego nie zapomnę do końca życia.

 

Nie chcieliśmy zostać na Helu. Ojciec zrobił wózek, nie pamiętam co na niego załadowaliśmy, czy cokolwiek jeszcze mieliśmy. I ruszyliśmy pieszo w powrotną podróż. Ja byłam już starsza, ale najmłodszy brat miał tylko dwa lata, siostra cztery. Pamiętam jak przebierała nóżkami i niosła taki mały jak i ona plecak. Po dniu dotarliśmy do Pucka, a stamtąd towarowym pociągiem do Gdańska.

Ojciec koniecznie chciał wracać do Długiego Pola, ale tam nadal byli Sowieci. Pierwsze powojenne lata to dla mojej rodziny to ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce. Najpierw Borkowo, rodzinna miejscowość ojca, potem na krótko powrót do Długiego Pola i znowu przeprowadzka, tym razem do Giemlic. Powojenne Żuławy trudno opisać - długo pani Petrus nie może znaleźć odpowiednich słów. Po chwili opowiada nam dalej. Bardzo zniszczone i zmienione. Najbardziej przeżyłam powrót do Długiego Pola. Szczególnie bolał wygląd domów dwóch bauerów. Nie moje, ale żal ściskał. W pokojach, które znałam ze świątecznych wizyt, nowi przybysze trzymali teraz zwierzęta. Żal...

Koniec ciągłych wędrówek pani Petrus to rok 1950. W tym roku jako 20 letnia dziewczyna rozpoczyna pracę w steblewskim PGR-rze. I tu już zostaje.

 


Zdjęcia z archiwum pani Anny Petrus


Koleżanki z pracy Anna i Irena, Steblewo 1955 r.
 



Steblewo 1955 r.  Od prawej: Janina Józefiak-Zwolan, Teresa Wąs-Bednarczyk,
siostry Jrena i Genia Kita, Anna Formela-Petrus i brat Edmund Formela




Steblewo 1955, koleżanki z pracy: Urszula Jaskulska i Anna Petrus


Steblewo 2008, Anna Petrus

 

Wspomnienia spisywała Żaneta Lewandowska
ucz. kl.III Gimnazjum w Suchym Dębie
Pomoc w opracowaniu Katarzyna Chajek

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#1 MARIA 2015-01-29 09:08
: Miło mi ,że panią znalazłam i bardzo ciekawie pani opisała swoje wspomnienia Dużo opowiadała mi o pani moja siostra już nieżyjąca Krystyna RZ. POZDRAWIAM MARIA )
Cytować