Taki właśnie wiersz na dużym plakacie zdobił ścianę salonu, gdzie uroczyście świętowano 80-tą rocznicę urodzin pani Antoniny Łukaszewicz. Przy zastawionych stołach spotkała się z tej okazji licznie zgromadzona rodzinka. Były kwiaty i życzenia oraz wzruszenie a jednocześnie zaskoczenie jubilatki, gdyż wszystko przygotowano bez jej udziału. Impreza miała miejsce przeszło dwa lata temu ale została utrwalona na zdjęciach, na filmie no i przede wszystkim w pamięci pani Antoniny, która bardzo ciepło mówi o swoich dzieciach i wnukach. Odwiedzają ją często i zawsze może liczyć na ich pomoc. Mimo to, stara się być samodzielna. Sama gotuje i piecze ciasto. Mogłam się o tym przekonać jedząc pysznego „murzynka” w jej wykonaniu. Tego dnia wysłuchałam wspomnień pani Antoniny, podziwiając jej wspaniałą pamięć.

 

 

Urodzona w Zielskim Młynku, który ówcześnie był kolonią składającą się z pięciu domów doskonale pamięta wszystkich jej mieszkańców będących Polakami. Stanowili oni rodzinę. Oprócz rodziców pani Antoniny mieszkali tam cioteczni bracia męża.
Najstarszy był Mikołaj Sieńkowski, najmłodszy – Kazimierz. Oni mieszkali w jednym domu. Mikołaj był gajowym i został wywieziony przez sowietów zaraz po ich wejściu na ziemie polskie 17 września 1939 roku. Rozstrzelano go prawdopodobnie wraz z całą rodziną, gdyż wszelki ślad po nich zaginął.
Kazimierz zginął walcząc o Londyn. Do Armii Andersa przypuszczalnie dołączył będąc na Syberii.
Aleksander Sieńkowski został złapany przez Niemców z dokumentami partyzanckimi i zamordowany po okrutnych torturach. Można powiedzieć, że była to śmierć męczeńska.
Z piątki braci pozostali jedynie Józef i Antoni.
Do Archangielska została także wywieziona cała rodzina Suchiennickich, w tym babcia Agata, matka ojca pani Antoniny.
Jeżeli chodzi o położenie to ta kolonia przynależała do parafii w Łoghszynie. Znajdowała się nad rzeczką wpływającą do Kanału Ogińskiego łączącego się z Jesiołdą. Do Kanału Ogińskiego było stamtąd około dwóch kilometrów więc często tam jeżdżono.
Rodzice mieli około 70 ha dobrej ziemi, w tym las i duży sad.
Z wczesną młodością pani Antoniny wiąże się wspomnienie procesji na uroczystość Piotra i Pawła w roku 1935. Dzieci były odświętnie ubrane a dziewczynki sypały kwiatki. Towarzyszyło tym uroczystościom odsłonięcie katolickiego obrazu Matki Boskiej. Procesja szła z Pińska a śpiewaną z tej okazji pieśń usłyszałam w wykonaniu pani Antoniny:

W domu Maliszewskich byłaś zapomniana
I od przeszłych mieszczan do kościoła dana
A teraz jesteś jako w jasnym niebie
My grzeszni ludzie prosimy Ciebie
W Łohiszyńskim kościele zostajesz
Nam widzieć się dajesz
Widzimy ze łzami, do Ciebie wołamy
Chowaj nas u Syna Panno jedyna.

 

 

Obraz Najświętszej Marii Panny w kościele p. w. Piotra i Pawła w Łohiszynie

 

Do szkoły chodziło się do wioski odległej o 2 km. Najpierw uczono w prywatnym domu a później zbudowano dużą, drewnianą szkołę. Jej kierownikiem był pan Bosak. Uczyła mnie też pani Strzelecka z Krakowa i pan Kamieniecki – snuje swoje wspomnienia moja rozmówczyni. Atmosfera była wspaniała. Do szkoły chodziłam z przyjemnością a kiedy trzeba było zostać w domu (najczęściej z powodu prac polowych) – płakałam. Sytuacja zmieniła się po 17 września, 1939 roku. Byliśmy tzn. my, polskie dzieci szykanowani. Mnie np. dawano do całowania portret Rydza Śmigłego czy Ignacego Mościckiego ze słowami: „masz, to Twój ojciec”. Zrażona takim traktowaniem przestałam chodzić do szkoły.
Na czas wojny przypadało moje zamążpójście. Był październik 1943!
Kościół jeszcze funkcjonował ale na plebanii utworzono szpital wojskowy a ksiądz mieszkał w prywatnym mieszkaniu i był na utrzymaniu ludzi.

Na przełomie roku 1945/1946 ojciec p. Antoniny – Jan Jefimowicz został wezwany do „sielsowietu” przez przewodniczącego Jakima, który przedstawił sprawę do wyboru. Pani Antonina cytuje dokładnie jego słowa: „Słuchaj Jan, jak chcesz, albo pojedziesz na białe niedźwiedzie albo wyjeżdżaj do Polski bo nam ta ziemia jest potrzebna, podpisz”.
Cóż, ojciec nie był głupim człowiekiem a poza tym nienawidził bolszewików, podpisał.
Wrócił do domu i mówi do mamy: „Płacz, nie płacz, podpisałem – wyjeżdżamy do Polski.
Cóż ta mama miała robić, popłakała i tyle.
Zaczęliśmy przygotowywać się do wyjazdu. Oprócz naszej rodziny taką decyzję podjęli także Józef i Antoni Sieńkowscy.
Ci, którzy nie podpisali a było takich pięć polskich rodzin z sąsiedniej wsi, zostali wywiezieni na Sybir.
Nie pamiętam dokładnej daty naszego transportu, to znaczy dnia. Na pewno był luty i było bardzo zimno. W Pińsku kupiliśmy piecyk żelazny aby nie zamarznąć.
Dostaliśmy wagon towarowy, który musiał wystarczyć dla dwóch rodzin i dobytku, to znaczy pół wagonu zajmowali ludzie a w drugiej była jałówka i źróbka.
Podróżowaliśmy zatrzymując się na kolejnych stacjach (tam gdzie był PUR dawano nam chleb i amerykańską kaszankę), aż dojechaliśmy do Gorzowa. Pamiętam nazwiska wielu rodzin jadących tym pociągiem ale w Gorzowie wysiadł jedynie Józef Sieńkowski. My się nie zgadzaliśmy, gdyż po pierwsze baliśmy się, że nas Niemcy zabiją a po drugie chcieliśmy jechać do swoich, to znaczy tam gdzie już osiedlili się Ci, którzy pojechali pierwszym transportem. W Kurowie wysiadł Antoni Sieńkowski a w Santoku rodzina Sawickich. My jechaliśmy dalej, aż dojechaliśmy do Oliwy. Tam postój trwał całych siedem dni. Domów wolnych było dużo ale nie zdecydowaliśmy się na opuszczenie wagonów. Wówczas zawieziono nas do Pruszcza i tam musieliśmy rozładować się na swój koszt. To znaczy po skontaktowaniu się z rodziną czy znajomymi z Osic oni nam pomogli za co byliśmy im bardzo wdzięczni. Po siedmiu czy ośmiu tygodniach przebywania w nieludzkich warunkach wszyscy byliśmy ogromnie wymęczeni.
Będąc jeszcze w podróży wysłałam list do męża przebywającego na granicy z Czechami, niedaleko Międzylesia. Pamiętam dokładnie adres: POCZTA POLOWA 5256.
Chciałam, aby wiedział, że jadę transportem repatrianckim, choć nie wiedziałam jeszcze gdzie się osiedlimy. Mój mąż, jak tylko otrzymał wiadomość zaraz po nas przyjechał (nasza córeczka Janina miała wówczas 2 latka). Wieś, gdzie ci frontowcy, a między innymi mój mąż, stacjonowali, nazywała się Domaszków.
Wszyscy dostali mieszkania i tam mieli służbę. Na opuszczenie jej trzeba było otrzymać pozwolenie, a takiego wójt nie chciał wydać. Mnie ta przeprowadzka wcale się nie podobała. Usiadłam i zaczęłam płakać, że nie chcę tu być i koniec.
Męża często nie było w domu, gdyż wzywano ich do Bystrzycy. Co mogłam zrobić? Zdecydowana na ucieczkę, spakowałam rzeczy swoje i dziecka, wsiadłam do pociągu i udałam się do Gdańska. Ale w Kłodzku zostałam zatrzymana przez milicję, gdyż mąż zawiadomił ich, aby mi powrót udaremniono. Na posterunku zostałam wylegitymowana i przesłuchana. Kiedy okazało się, że jestem żoną, kazano mi sobie iść ale się nie zgodziłam, gdyż następny pociąg odjeżdżał dopiero o 5.15 rano. Po nocy spędzonej na posterunku zaczęłam kontynuować dalszą podróż. Kiedy mąż dojechał byłam już w Osicach. Żadne perswazje nie pomogły. Na powrót z nim, nie chciałam się zgodzić. Tu urodziłam syna Piotra, ale warunki nie były najlepsze. W jednym pokoju mieszkali rodzice, moi dwaj bracia: Michał i Kazimierz, a także ja z dwójką dzieci.
Zainterweniowała sąsiadka Ola pisząc do mojego męża, aby coś temu zaradził. Tym razem jego wizyta skutkowała tym, że zabrał nas ze sobą. Ale ja nie przestawałam płakać, że tam mieszkać nie chcę. Więc mój mąż ubrał się w ubranie wojskowe, takie, które miał na froncie (buty, płaszcz i czapkę) i pojechał do Warszawy. Udał się do samego Żymierskiego, który wydał mu zalakowaną kopertę adresowaną do wójta. Dzięki temu mój mąż dostał wymeldowanie i pozwolenie na opuszczenie tamtej placówki.
Ale wróciliśmy już z trójką dzieci, więc nie sposób było mieszkać w jednej izbie. Na szczęście był obok pokoik malutki, w którym urządziliśmy się po wstawieniu okna i drzwi. Mimo, że wciąż było ciasno byłam zadowolona, że jestem blisko rodziców.
Był koniec października roku 1949 więc to można uznać za datę naszego wspólnego zamieszkania i początek urządzania się w Osicach.

Mąż wziął w dzierżawę około siedmiu hektarów ziemi, ale gospodarowaniu na swoim przeszkodziła nam decyzja o powstaniu kołchozu, bo ziemie nam zabrano. Aby było z czego żyć, mąż podjął pracę w Państwowym Gospodarstwie Rolnym, ale jak tylko nastał Gomułka mąż zaczął starać się o ziemię. Na podstawie dokumentu stwierdzającego jego udział w wojnie przysługiwało nam 10 hektarów. Dostaliśmy tę ziemię i placówkę, a później po zlikwidowaniu PGR-u jeszcze 4 hektary ziemi. Zapadła też decyzja o wybudowaniu własnego domu. Ciężko było, ale dostaliśmy pożyczkę i przez kilka lat nie płaciliśmy podatku, więc przy dużym nakładzie pracy własnej - udało się. Ja jednak nie byłam zadowolona (w tym miejscu moja rozmówczyni przyznaje ze skruchą, że jej mąż nie miał z nią łatwego życia) i namawiałam męża na przeprowadzkę do miasta. Po znalezieniu działki wzięliśmy kolejną pożyczkę i zaczęliśmy budowę w Pruszczu. W roku 1979 mogliśmy się już tu wprowadzić. To, co zostało na wsi przekazaliśmy synowi Julkowi, ale on też chciał mieszkać komfortowo, więc zbudowany przez nas dom został zastąpiony nowym, piętrowym, dużo bardziej obszernym. W to, że my mieliśmy ciasno, mało kto wierzy, a moje wspomnienia są dla wnuków niczym bajka…


W trakcie oglądania zdjęć nie było takiego, które nie budziłoby wspomnień mojej rozmówczyni. Wychowana na pieśniach patriotycznych dwudziestolecia międzywojennego okraszała swoje wspomnienia komentarzami w których, niejednokrotnie pobrzmiewał kontekst polityczny.
Pani Antonina cieszy się, że doczekała czasów, kiedy to wymieniony niedawno dowód osobisty podaje dokładne miejsce jej urodzenia. Ten z czasów PRL-u stanowił, że urodziła się w Zielskim Młynie w ZSRR, a przecież ja urodziłam się w Polsce - stwierdziła kategorycznie i zgodnie z prawdą.
Cieszy ją fakt, że ojciec podjął decyzję o wyjeździe do Polski i że ona mogła wyjechać razem z rodzicami.
Ileż to łez ludzie wylali, ileż kosztowało to wyrzeczeń aby pozostawić, czasami dorobek całego życia i jechać w nieznane.
Moja teściowa, mówi pani Antonina, zareagowała zemdleniem. Po mnie przyjechał kuzyn o 12-ej w nocy i aby zdążyć na pociąg musiałam jechać i też płakałam.

 


Przed domem w Domaszkowie (z córką na ręku, na ławce mokrej od łez z tęsknoty za rodzicami)
 
 

Z mężem Ludwikiem (po prawej), bratem i dziećmi

 
 

Pan Ludwik w towarzystwie kolegów frontowców
 
 

Pan Ludwik (po prawej) z kolegami z wojska

 
 

Pan Ludwik zawsze lubił słuchać radia

 
 

Pan Ludwik przy swoim pierwszym samochodzie

 
 

Pan Ludwik ze swoimi ulubieńcami

 
 

Michał Jefimowicz, młodszy brat pani Antoniny (po prawej),
kolega z Osic - Zenek Olszewski (po lewej).

Tak skomentowała to moja rozmówczyni: rodzina Olszewskich i nasza była uważana za wrogów nowego państwa, to ich synów skierowano do Dąbrowy Górniczej w celu odbycia służby wojskowej w kopalni. Ile się mama napłakała, ile paczek wysłała…

 
 Z uroczystości 80-lecia każde z dzieci z rodziną ma swoją fotografię z jubilatką

 Janka

 

Piotr

 

 Marysia

 

 Antoni

 

 

 Julian

 

 Joanna

 

Śp. Antonina Łukaszewicz zmarła 13 maja 2013 r.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#3 Grzegorz 2012-08-28 16:19
Bardzo ciekawa opowieść i co najważniejsze prawdziwa. Moja rodzina przeżywała podobne losy . Serdecznie pozdrawiam:-)
Cytować
#2 kri100f 2010-06-26 00:27
Witam
Moi dziadkowie pochodzą z Łohiszyna, bardzo duzo osob z tej miejscowości osiedliło się w Słońsku.
Pozdrawiam;-)
Cytować
#1 Justyna Kargol 2008-10-15 23:51
bardzo miłe wspomnienia-tylko szkoda że niektórych już z nami niema. Pozdrowienia dla całej rodzinki-Łukaszewiczów.
Cytować