Kiedy wybuchła wojna moja ciocia, Jadwiga Smakosz, z domu Witek, miała zaledwie sześć tygodni. Jej tata, a mój dziadek został zmobilizowany już 3 sierpnia 1939 roku. Kiedy opuszczał dom na Polesiu nie przypuszczał, że przyjdzie mu tak długo czekać na kolejne spotkanie z najbliższymi. Pozostawiał żonę z dwójką malutkich dzieci, bo mieli wówczas jeszcze o rok od Jadzi starszą Zosię. Dziadek pochodził spod Mielca, a na Polesie pojechał nadzorować prace melioracyjne. Był blondynem o niebieskich oczach; poza tym miał rower i zegarek, więc szybko znalazł sobie przyszłą towarzyszkę życia.
Babcia Anna z domu Guluk odziedziczyła dom i trochę ziemi po swoich rodzicach (oboje zmarli w przeciągu jednego tygodnia we wrześniu 1935 roku).



Ślub wzięli w 1937 roku w kościele w Kobryniu. Był on oddalony od miejscowości Dworce, w której zamieszkali o około 10 km. Zaczęli gospodarzyć.
Ich plany pokrzyżowała wojna.

Dziadek już 18 września dostał się do niewoli niemieckiej i przebywał w Stalagu XI-B jako jeniec wojenny. Stamtąd został wywieziony na roboty do Niemiec i z całą grupą przydzielony na gospodarstwo jednego z bauerów w Neügattersleben.

Ciocia wspomina, co często dziadek powtarzał dzieciom: nie wszystko musisz robić, ale wszystko warto umieć. Dzięki takiej filozofii został kucharzem, bo umiał gotować. To zwalniało go z pracy na roli, która była ciężka, jedzenie zaś marne. Musiał gotować z tego co mu wydzielano. Mięso bywało od święta. Z tym faktem wiąże się następująca anegdota: Oprócz Polaków byli w tym samym majątku także przymusowi robotnicy z Francji. Mieszkali w osobnym baraku i też mieli swojego kucharza. Pewnej niedzieli z kuchni sąsiada Francuza zaczął roznosić się zapach wykwintnego obiadu. Na rozwiązanie zagadki nie trzeba było długo czekać, kiedy okazało się, że dziadek nie może doczekać się na swego kota, pupila, którego karmił resztkami, kiedy tylko mu coś zostawało.

Jeden z kolegów szepnął mu do ucha, że nie ma co się spodziewać, że kot wróci, bo trafił w ręce Francuzów. Przyjął to ze zrozumieniem…
Dziadek potrafił także grać, więc obozowe życie umilał sobie i towarzyszom śpiewając i grając na mandolinie.

 
Udało mu się nawet przywieźć ją do Polski jako jedną z niewielu rzeczy, które miał w walizce zawierającej bagaż kilku lat życia spędzonego na obcej ziemi. Kiedy ich wyzwolono nie miał wątpliwości w którą stronę ma się udać. Jak najprędzej chciał wrócić do swoich. Niestety jego nadzieje rozwiały się na nowej granicy Polski, którą wyznaczał Bug. Był Polakiem, a poza tym nie brał czynnego udziału w wojnie, więc na nic zdały się tłumaczenia, że po tamtej stronie czeka na niego żona i dzieci. Nie przepuszczono go!
Pojechał w swoje rodzinne strony i w jego arbeitsbuch, w którą wyposażono go na odjezdne figuruje data 25 VIII 1945, kiedy zameldowano go w Tuszowie Narodowym w powiecie mieleckim. Niedługo tam jednak przebywał, bo już w kwietniu 1946 roku przybył na Żuławy i w Osicach (ówczesna nazwa Wosice) znalazł sobie nowe miejsce zamieszkania. Jedynym wolnym domostwem było to, oddalone od wsi o 1 km. Mimo, że mieszkał w nim bogaty bauer, (według wszelkiego prawdopodobieństwa popełnił on pod koniec wojny samobójstwo) dom przedstawiał stan opłakany. Nie było w nim mebli, pusta też była ogromna biblioteka, znajdująca się w jednym z pokoi. Schody prowadzące do domu pokryte były końskim nawozem. Było to ułatwienie dla koni właśnie, gdyż z nimi stacjonowali tam przez pewien czas Rosjanie. Słupy doprowadzające prąd elektryczny do domu zostały wycięte prawdopodobnie na opał.
Nie zachowała się niestety korespondencja z urzędami potwierdzająca jak długie i żmudne były starania dziadka o sprowadzenie do Polski żony i dzieci. Jeździł w tej sprawie nawet do Warszawy. W roku 1951 udało się załatwić przyjazd córek. I znów zaczęły się starania o umożliwienie przyjazdu żony zakończone powodzeniem po kolejnym roku. Wtedy nareszcie byli razem.
Podczas pobytu w Niemczech dziadek nabył prawo do kilkudniowego urlopu. Zabrał więc stosowne dokumenty i pojechał na Polesie. Było niebezpiecznie, ale szczęśliwie dotarł do celu. Tam był nagabywany przez partyzantów, aby przyłączyć się do nich. To była trudna decyzja. Miał do wyboru powrót do niewoli lub partyzantkę okupioną niechybną śmiercią rodziny. Wybrał oczywiście rodzinę, choć to także nie gwarantowało jej bezpieczeństwa, i wrócił do Niemiec.
My z siostrą byłyśmy zbyt małe, aby to pamiętać – mówi ciocia.
To niewiarygodne, ale w jej pamięci zachowały się zdarzenia, które miały miejsce podczas wojny. Częste ucieczki do schronu, kiedy trwało bombardowanie i pierzynę, którą zatykano wejście. Swoją mamę, która mimo niebezpieczeństwa zawsze zdążyła włożyć do fartucha coś do jedzenia dla dzieci. Miała też przy sobie listy dziadka z Niemiec i to ratowało ją i dzieci z wielu opresji jak na przykład podczas oczekiwania na rozstrzelanie pod ścianą za pomoc, której babcia udzielała partyzantom. Pomoc była faktyczna, czy to w postaci jedzenia czy dartych na kawałki prześcieradeł wykorzystywanych na opatrunki.
We wspomnieniach cioci powraca też, obraz obłąkanej kobiety, której bały się wszystkie dzieci. Chodziła po okolicy dziwacznie ubrana, zawsze z kijem. Z opowiadań pamięta, że ta kobieta była w szoku po tym, kiedy jako jedyna uratowała się z podpalonej przez Niemców stodoły, w której znajdowali się mieszkańcy sąsiedniej wsi.
Ciocia nie mogła mieć więcej niż 5 lat, kiedy jeden z żołnierzy niemieckich podarował jej lalkę i brązowe trzewiczki. Ciocia nie ma zdjęć z tamtego okresu, ale pamięta siebie z portretu, który wisiał na ścianie. Miała ciemne kręcone loczki i ciemne oczy. Być może przypominała tamtemu żołnierzowi jego córeczkę, która musiał opuścić.
alka była śliczna, więc obie z siostrą chętnie się nią bawiły, a kiedy upadła i rozbiła się jej głowa obie dziewczynki postanowiły ja pochować. Razem z siostrą ukryły ją, na wzór dorosłych, w ziemi. A co do trzewiczków to w kryzysowej sytuacji posłużyły one do wymiany na worek zboża…
Wojna nie kojarzy się cioci z głodem. Było swoje masło i chleb własnoręcznie przez babcię pieczony. Przy domu rosła stara grusza, a nieopodal posadzony przez dziadka sad. W prowadzeniu gospodarstwa pomagali sąsiedzi i wujek Grzegorz zwany Griszą. Zboże kosiło się kosami, a czas tej pracy nazywano kosawicą. Na tę okazję przygotowane było specjalne jedzenie, w tym podwędzana szynka zwana „kumpiakiem”. Jej smak był wyjątkowy i mimo upływu lat nie do zapomnienia. Babcia należała do pokolenia, które musiało umieć sobie radzić nie tylko z przeciwnościami losu. Umiała prząść na kołowrotku, uprawiać len a także tkać na krosnach. Niewielką część jej rękodzieł przechowujemy do dziś.
Kiedy skończyła się wojna, babcia - jak wielu innych - zapisała się na wyjazd do Polski i zaczęła się do niego przygotowywać, ale na krótko przed planowanym terminem przyszedł list od dziadka, żeby jeszcze poczekać, bo on wraca. Jego przyjazd okazał się niemożliwy, jak też szansa wyjazdu babci z dziećmi stamtąd. Pozostawali, więc w przymusowej separacji.
Tam na Polesiu nadszedł czas przemian. W niedalekim majątku utworzono ośrodek maszynowy, gdzie pracowała babcia, kiedy w ramach kolektywizacji jej ziemię zabrano do kołchozu. Dziewczynki zaczęły chodzić do rosyjskiej szkoły.
Ich wyjazd do Polski załatwiono dołączając je do transportu sierot i półsierot. Było w nim około dziewięćdziesięciorga dzieci polskiego pochodzenia.
Zawieziono nas do Brześcia - wspomina ciocia. Przebywaliśmy w Domu Dziecka. Tam nas jednakowo ubrano. Wszyscy mieliśmy granatowe płaszcze i niebieskie berety. Po tygodniu zawieziono nas do Grodna, a stamtąd przez Warszawę do Dusznik Zdroju, gdzie zaczęło się pełne niepokoju oczekiwanie na tatę, znanego nam jedynie z fotografii.
W Dusznikach Zdroju, kiedy jak zwykle przy śniadaniu wyczytywano nazwiska dzieci, po które ktoś się zgłaszał, wreszcie usłyszałyśmy nasze. To była pamiętna data: 11 dzień maja.


Spotkaniu z ojcem towarzyszyła nadzieja na lepsze życie, na normalność. Pierwsze rozczarowanie pojawiło się po zobaczeniu mieszkania, w którym w ewidentny sposób było widać brak kobiecej ręki. Najbardziej dokuczliwy był brak elektryczności. Czas oczekiwania na przyjazd mamy bardzo się dłużył, więc naradzałyśmy się czy aby stąd nie uciec, wspomina.
Naszą edukację w polskiej szkole zaczęłyśmy od Osic. Chodziłyśmy do tej samej klasy opóźnione o 2 lata w stosunku do naszego rocznika. Rozpoczęły się przygotowania do Pierwszej Komunii. Przyjęcie po uroczystości w kościele było wspólne dla wszystkich dzieci.

Odbyło się w ogrodzie przy plebanii. Było kakao i drożdżówki. Jak można to porównać do tego, co teraz fundują rodzice swoim dzieciom z tej okazji?

 

 

Po ukończeniu szkoły podstawowej przyszedł czas na decyzję, co dalej. Sytuacja materialna wykluczała możliwość kształcenia się poza domem obu dziewcząt.
Ciocia Zosia jako starsza rozpoczęła naukę w Technikum Handlu Zagranicznego w Gdyni.
Ciocia Jadzia ukończyła Szkołę Rolniczą w Suchym Dębie i pomagała w gospodarstwie rodziców. Opiekowała się też młodszymi siostrami, które urodziły się w odstępstwie 4-ech lat.
Kiedy wyszła za mąż opuściła wieś i przeprowadziła się do Warszawy. Los nie był jednak dla niej łaskawy, bo już w wieku 26 lat została wdową. Wtedy częściej gościła u rodziców.
Kiedy syn podrósł i zaczął chodzić do szkoły, podjęła pracę.
Kiedy tylko nadarza się okazja przyjeżdża jednak do Osic, bo z tym miejscem wiążą się jej młodzieńcze wspomnienia: zabaw na ganku przy dźwiękach mandoliny na której grywał dziadek, pierwszych przyjaźni i sympatii, działalności społecznej i występów w zespole, wspólnych wigilii rodzinnych. Pociągający jest tu także urok parku, w którym rosną wiekowe drzewa, domu, w którego przestronnych pokojach (tak różniących się od blokowych klitek) doskonale się mieszka.

 
P.S.
Jeżeli chodzi o mandolinę wszyscy przez długi czas traktowali ją z sentymentem – a później pozostał już tylko żal, że tak cenna pamiątka rodzinna pożyczona przez dziadka chłopcu, który chciał nauczyć się grać, stała się łupem kogoś, kto pewnie niewielki miał z niej użytek.

 
Z archiwum rodziny Witek



Jan Witek


Po wyzwoleniu
Jan Witek (pierwszy z lewej w pierwszym rzędzie)




Wyprawa do chrztu (rok 1953)



Zosia i Jadzia z małą Halinką (rok 1957)



Jan Witek z córkami Haliną i Janiną (rok 1959)

 
  
Zosia i Jadzia na wycieczce w Gdyni (rok 1960)

 

 
Jadzia z koleżanką z Suchego Dębu
 
Jadzia na motorze
 
 
Wspomnień wysłuchał siostrzeniec Karol Milewczyk
Pomoc w opracowaniu Halina Milewczyk
Luty 2008
 
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#2 Czesiek... 2013-02-21 18:11
Czytałem, jak "Latarnik" "Pana Tadeusza" - on miał nostalgię, a ja dumę za pokrewieństwo...
Tarnobrzeg 21 luty 2013
Cytować
#1 Joanna 2011-08-19 11:41
Przez przypadek trafiłam na te wspomnienia, i choć czytałam je już kilka razy wcześniej, nie obyło się bez łez. Dziękuję mamie i bratu za piękną historię rodziny
Cytować