Pani Wanda Tulatycka urodziła się w Majdanie Sobieszczanskim 15 .VII.1934 r.woj.lubelskie

Pan Walenty Tulatycki urodził się w Wólce Ławskiej pow. Pińsk 01.11.1938 r.


{google}-6737974548007658083{/google}

 

Państwo Tulatyccy od 48 lat są małżeństwem

 

Urodziłem się w 1938 r. przed wybuchem II wojny światowej.
Moja żona Wanda urodziła się w lubelskim.
-Moja wioska nazywała się Majdan Sobieszczański, ochrzczona byłam w Niedrzwicy Kościelnej. Pamiętam jak Niemcy bombardowali naszą leśniczówkę, tam zabili kilku żołnierzy. Mojego tatę Niemcy zabrali  i „wykończyli” w obozie w [Matenchauzen] za posiadanie maszyny do pisania  w 1943 r. W Majdanie Sobieszczańskim mieszkałam do dorosłości. Jak miałam 21 lat przyjechałam na Żuławy i tak poznaliśmy się z mężem. Wzięliśmy ślub.
Jesteśmy ze sobą już prawie 48 lat – kończy pan Walenty i rozpoczyna swoją opowieść. Jestem urodzony na Polesiu. Co to jest za miejscowość? Strony Polesia to bardzo malownicza kraina, to ciąg Puszczy Białowieskiej- tylko obecnie znajduje się na Białorusi. To przestała być Polska…
Jak ja wspominam moje dzieciństwo?
Ktoś może powiedzieć co ty tam pamiętasz, byłeś brzdącem... Niestety w czas wojny i w takich warunkach dzieci szybciej dorastają. Dziś mając 68 lat niektóre zdarzenia pamiętam, tak jakby to było wczoraj. 
To nasze Polesie było bardzo piękne, lasy - tutaj takich nie widać chyba ,że ktoś był w Puszczy Białowieskiej. Piękne drzewa – starodrzew, sosny, zwierzęta tj. łosie, wilki, rysie można było zobaczyć. Patrząc z perspektywy dziecka wtedy to wyglądało bardzo okazale.
Mieszkaliśmy w malowniczo położonej wioseczce wśród lasów, ale to było krótko…
Ja pamiętam to  wszystko jako wojnę. Co my tam przeżyliśmy to trudno opowiedzieć. Opowiem to co zostało mi w pamięci.

Z mojej rodziny wujek z żoną i z dziećmi „wylądował’ w tę wojnę na Syberii i ciotka z mężem oraz dziećmi też „wylądowali” na Syberii. Przeżyli tam Krzyż Pański.
Poniekąd nie wiem jak to teraz określić – ale gdyby Hitler nie zaatakował Związku Radzieckiego to chyba tych moich bliskich bym nie zobaczył.
Moi wujkowie wstąpili do Armii Andersa. Szli z frontem przez Bliski Wschód. Mieli to szczęście, że przeżyli całą wojnę. Jeden był w Anglii - w Walii i po wojnie połączył się ze swoja rodziną. Drugi wyjechał do Kanady i dopiero po kilkunastu latach ciotka tam do niego pojechała i tam sobie żyli - poumierali ze starości.
Co przeżyła moja rodzina?
Nie było wesoło. Inni przeżyli tę wojnę jak szedł front. U nas wojna trwała cały czas.
Znam to z opowieści moich rodziców i fragmentów – migawek z dzieciństwa. Najpierw wkroczyli Rosjanie udając, że to oni nas wyzwolili spod polskich panów. Część wywieźli na Syberię. Reszta, która została nie miała dobrze. Za niedługi czas znowu byliśmy wyzwoleni ale przez wojska hitlerowskie. Tamci propagandę "siali", że wyzwolili nas od komunistów. W lasach była partyzantka - prócz naszych AKowców była ruska. Nie wiadomo czy to byli partyzanci, czy normalni bandyci?
A my mieliśmy to nieszczęście, że mieszkaliśmy pół km za wioską i u nas nie było spokoju. Byli i w dzień i w nocy. Nieraz 10-15 małych oddziałków przewinęło się przez nasz dom. Jedni odchodzili, przychodzili drudzy. Zero spokoju. Początkowo to ta ruska partyzantka przychodziła grzecznie. Zapukali w okno- [kuszać niemnożko] czyli troszkę pojeść mówili. Ale potem bywali nieprzyjemni. Wcielali na siłę Polaków do partyzantki rosyjskiej.
Mojego sąsiada tak na siłę wcielili.

I tak cały czas – w nocy partyzantka w dzień Niemcy. Bywało, że zawitało AK - Ci zachowywali się przyzwoicie. Przychodzili również „bulbowcy”(nazwa od dowódcy Tarasa Bulby) - banda UPA. Ojciec musiał prowadzać ich najkrótszą drogą przez bagna. Ruskich  się baliśmy i Niemców. U Niemców byli jak my mówiliśmy „Madziary - Węgrzy”, Litwini, Łotysze. Jeszcze „odwiedzali” nas” Własowcy” – czyli armia Własowa. Ten Własow - Ukrainiec z całą armią poddał się Niemcom i przeszedł na ich stronę i walczył po stronie niemieckiej. Wykonywali oni najczarniejszą robotę - wybijali Żydów, palili nasze polskie wioski. To zawdzięczamy Niemcom, ale rękami tych Ukraińców. Działy się rzeczy straszne. Ale czasami przyszli, byli w dobrym humorze i żartowali nawet… jak były święta i był zabity świniaczek, jakieś wyroby porobione i w piecu piekło się mięso - pojedli co mogli. Jak nie było rozkazu,  żeby mordować to ludzie jak ludzie dalej żartowali.
Po jakimś czasie Niemcy zrobili pod naszym domem zasadzkę. My o niczym nie wiedzieliśmy, nie mieliśmy zielonego pojęcia. Ulewa, plucha, brzydka pogoda - w nocy zaturkotały wozy. Niemcy otworzyli ogień, zabili konie, reszta chyba uciekła do lasu. Tak to wszystko wyglądało. No i wtenczas się zaczęło…

Gdzieś tak 2-3 dni spokój, a potem przychodzą pijani w sztok i z pretensją do ojca, i pod ścianę stawiają – trzaskają zamkami karabinów. Straszą, że tatę zastrzelą a chałupę spalą. Już jeden zapala takiego ląd „kapcia”, na kij słomę przywiązał. My to spalimy! Wynosić się stąd!
Chyba tak 3 razy przychodzili. Sąsiedzi pomagali wynosić z domu jakieś sprzęty. Ja pamiętam siedziałem za mamy taką szafą - to był kufer na ubrania, siedziałem tak cicho jak myszka i marzłem. Patrzałem i myślałem: podpalą nasz dom czy nie?
Spalą czy nie? Ludzie proszą dlaczego? …dlaczego? Nie ma przeproś. Nie było innego wyjścia, któryś z sąsiadów (nieładnie to może teraz wyglądać) poszedł prosić o pomoc do wroga, do Niemców. Niemcy wyruszyli tak jakby na odsiecz i szybko rozpędzili sołdatów. Już się zdawało, że koniec a skąd... Znowu z pretensją do ojca i pod ścianę i znowu straszą. Czemu poszedłeś ze skargą.

Później na domiar złego partyzantka radziecka wzięła naszą wioskę na zimowe kwatery - w naszym domu zatrzymało się 12, spali na słomie w największym pokoju. Od tej pory mieliśmy spokój, aż do wiosny. W tym czasie nikt nie przychodził, nikt nie rabował, nikt nie straszył. Po nastaniu wiosny opuścili nasz dom i wycofali się. Niemcy za to na nas się zemścili i spalili naszą wieś. Z naszej Wólki Niemcy zabrali kilka kobiet, które nie zdążyły uciec do lasu. Zabrali moją mamę i siostrę. Potem okazało się, że do Łohiszyna, bo tam mieli garnizon. Ja z rodzeństwem i ojcem byliśmy w lesie. Po spaleniu naszej wioski mieszkaliśmy w szałasach.

Po kilku dniach przetrzymywania tych kobiet  Niemcy powiedzieli im, że  jeżeli któraś z nich ma dobrych znajomych, to może się do nich udać. Mama z siostrą trafiły do swoich rodziców. Później mama uciekła do lasu, a siostra  Jadwiga została u dziadków. Niektóre kobiety (osiem) tyle szczęścia nie miały. Podczas ucieczki do lasu Niemcy je zastrzelili…

Z czasów dzieciństwa najbardziej utkwiło mi jako małemu chłopcu, jak nas wyprowadzają i stawiają pod ścianą i kilku Własowców z karabinami przeładowuje zamki w karabinach i mierzy w mojego ojca.

Jak skończyła się wojna, to moi rodzice zapisali się na wyjazd do Polski. I tak przyjechaliśmy do Osic przed świętami Wielkanocnymi. Na początku zamieszkaliśmy w domu mojego wuja Franciszka Hresiukiewicza. Niektóre budynki były puste i obszabrowane. Zajęliśmy jeden z nich - nie było okien ani drzwi. Jakieś drzwi znaleźliśmy. Święta Wielkanocy spędziliśmy jeszcze w domu wuja.

Później zamieszkaliśmy w domu, w którym mieszkam do dziś. Z Unry dostaliśmy konika. Ojciec zaczął gospodarzyć. Na polach było dużo broni i pocisków. Wynosiło się z pola żeby po tym nie jeździć. A, że ja byłem dzieciak, to byłem śmiały. Wynosiłem je na pobocze, na kupkę - saperzy to później zabrali. Na wsi został cały arsenał na podwórzu wuja. Przyjechali saperzy, wzięli od sąsiada konia i wóz, załadowali te niewypały. Wywieźli je na pole i tam zdetonowali. Po lekcjach z kolegami poszliśmy zobaczyć gdzie to było. Po kilku dniach poszliśmy tam znowu. Patrzymy leży połówka pocisku, zapakowaliśmy ją na wózek i z kolegą Jankiem Burkiewiczem przywieźliśmy do naszego ogrodu. Zaczęliśmy wyłuskiwać materiał wybuchowy. To był pocisk od moździerza, miał około 85 cm dł. - to był przód, resztę urwało podczas detonacji. Myśleliśmy - skoro saperzy mieli to w rękach to powinno to być nieszkodliwe. Nie wiedzieliśmy, że na samym czubku jest zapalnik. Myślę,że w środku był trotyl. Wybieraliśmy takie kostki. Nasze mamy tym rozpalały w piecu - to "coś" topiło się i nie wybuchało. Tak rozbieraliśmy ten kawałek pocisku ,aż został sam czub i tam było coś takiego w sreberku, jak ruszyliśmy to poszedł taki zapach jak nitro rozpuszczalnik. Kombinowaliśmy jak wyłuskać resztę,podkładaliśmy drewienko i zaczęliśmy stukać młotkiem. Mama zawołała Janka na pole, ja zostałem sam. Stuknąłem może jeszcze ze trzy razy młotkiem i jak mi pod nosem wybuchło. Zacząłem uciekać, spojrzałem na rękę a tu palec wisi – oderwałem go. Pobiegłem za dom, siadłem na murku ciężko przestraszony i zacząłem płakać. W domu był kuzyn, jak usłyszał mój płacz i zobaczył co się stało, szybko pobiegł na pole po moich rodziców. Zanim przyszedł to moja siostra i kuzyn zanieśli mnie na stację wąskotorówki. Jechałem pociągiem z ojcem, pociąg gnał jak orient ekspres. Gdy dojechaliśmy do Gdańska to czekało na nas już pogotowie. Zawieźli mnie do Akademii Medycznej, tam byłem przez całe wakacje. Tak skończyła się moja przygoda jako sapera.

Pamiętam jak chodziłem do szkoły w Giemlicach w ramach  wychowania fizycznego była wojskowa musztra. Nauczyciel po skończonej lekcji mówił – „postawa zasadnicza” na styl ruski – ustawił nas w czwórki i powiedział kierunek do klasy, całość śpiew nas uczniów to zdenerwowało... Ja z kolegą E. Wierciochem stuknęliśmy się łokciami i zaczęliśmy śpiewać ”czy przyjdzie nam umrzeć wśród boju, w tajgach Sybiru nam zgnić? Z trudu naszego i znoju Polska powstanie znów żyć..” - inni też to podchwycili. Nauczyciel uciekł szybko do klasy.

My tutaj byliśmy traktowani źle jako potomkowie dawnej herbowej szlachty - służby o tym wiedziały i dochodziło do prowokacji. Dokuczali ludziom takim jak my. Pod pretekstem,że szukają zboża, niby to z nierównego podziału. Przyszli do mojego ojca i kazali podpisać „papier” - zgadzam się na przeprowadzenie rewizji.
Za jakiś czas rewizja i u nas i u wuja Hresiukiewicza. U wuja pozabierali robocze ubrania, buty robocze i aresztowali wuja Franciszka i Pawła mojego kuzyna - przetrzymywali ich w Pruszczu. Niby to znaleźli kartkę w domu na, której pisało „wolna Polska dla wszystkich komunistów” - oczywiście była podrzucona. Stamtąd przyszli do nas. W siennikach szukali zboża - ja myślę,że kosztowności, których nie mieliśmy. Jeden z ubowców zapytał - „czego ta pościel taka zła”. Tato odpowiedział - nas spalono innej nie mamy. Potem w gazecie gdańskiej umieścili zdjęcie mojego ojca w starym kożuchu i napisali – kułak Tulatycki. Było to 3 czy 4 lata po wojnie.

Pomagałem ojcu w gospodarstwie. Dorosłem, założyłem rodzinę. Dalej prowadziłem gospodarstwo po moich rodzicach Żona urodziła 5 dzieci - 2 córki i 3 synów. Oni też dorośli założyli swoje rodziny. Przeszliśmy z żoną na emeryturę.

Po kilku latach spokoju teraz za czasów teraźniejszego ustroju- nie zmieniło się - teraz prześladuje mnie ZUS...

 

Zdjęcia ze zbiorów Państwa Tulatyckich


Mama pana W. Tulatyckiego
Anna Tulatycka




Mama pani Wandy
Marianna Szymańska




Mama p. Walentego z wnuczką Małgorzatą
i wnukiem Krzysztofem




Na fot. Od lewej na koniu pan Walenty
na 2 koniu Paweł Tulatycki (brat) i siostra Helena




na fot. poniżej córka PP. Tulatyckich Małgorzata
na stacji w Łukowie (rok 1962)




na fot. Państwo Tulatyccy z córką Małgorzatą



na fot. Syn Grzegorz z chrzestną Heleną Janowską
I Komunia Święta




Na fot. Państwo Tulatyccy w tle Andrzej i Wiktor Pryputniewicz



na fot. Od lewej córka Małgorzata, pani Wanda, Zofia Kłos,
ciotka Stefa Matacz, kuzyn p. Walentego A. Olechowski i pan Walenty
na dole od lewej synowie Grzegorz, Krzysztof, Piotr




na fot. Siostra pani Wandy Daniela Szymańska koło domu
w Majdanie Sobieszczańskim




na fot. Państwo Tulatyccy z córkami Lilianną (na rękach p. Wandy)
i Małgorzatą (na rekach p. Walentego)




córki państwa Tulatyckich od lewej Lilianna obok  Małgorzata



Od lewej u góry siostra p. Wandy Helena, Daniela, jej mąż Janusz,
mama p. Wandy kuzynka, na dole od prawej państwo Wanda i Walenty
oraz mąż siostry Heleny




na fot. Siostra p. Walentego Marysia



od lewej sistra Marysia z synem obok pp. Tulatyccy



na fot. Pan Walenty z nauczycielem w Szczecinie
w Zakładzie Doskonalenia Rzemiosła




na fot. Siostra p. Walentego Helena



na fot. Państwo Tulatyccy z wnuczkami Majką i Kaliną




wspomnień wysłuchały Anna Koszykowska i Justyna Gortat
ucz. II klasy Gimnazjum w Suchym Dębie
opiekun Jolanta Dombrowska

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#2 . . 2011-08-24 12:02
Piękne Zdjęcia . . Szczególnie Majusi i Kaliny ;-)
Cytować
#1 Justyna 2008-03-25 23:45
bardzo ładne zdjęcia 8)
Cytować