Wspominają  Aleksander i Władysława Stojak

Ludwika Stojak z domu Marcinkiewicz ur. 01.01.1916 r. w Wólce Ławskiej pow. Pińsk i Władysław Stojak ur. 11.10.1907 r. w Kalonce powiat Gawrolin

Te wspomnienia zapamiętałem z opowieści moich rodziców oraz starszego brata Czesława.
Chciałbym zadedykować moim już nieżyjącym rodzicom w hołdzie za heroizm zmagań o przeżycie naszej rodziny w tamtych okrutnych czasach.

Moi rodzice posiadali w Korzeniewie gmina  Porzecze, powiat Pińsk, województwo poleskie gospodarstwo rolne. Mieli wtedy jedno dziecko – mojego brata Czesława.

Wydawało im się, że ich marzenia się spełniają. Byli szczęśliwi, aż tu nagle marzenia te zniweczył „czerwony najeźdźca”. 10 lutego 1940 r. cała rodzina - mama, tata i mój 3 letni brat została deportowana z miejscowości Korzeniewo do miejscowości Posiołek Wierchniema, rejon Korpochorski, Obłaść Archangielska - Syberia.

Jak opowiadała mama do podstawionych pojazdów wyciągano ich i sąsiadów z domostw, nierzadko pomagając kolbą karabinu. Nie pozwolono na zabranie większego dobytku. Tak jak stali i co zdążyli chwycić do ręki ładowano na sanie i wywieźli ich na stację kolejową.

Zdążyli zabrać kilka kur, dzięki temu mieli co jeść w drodze.

Na stacji Pińsk zagnano ich do bydlęcych wagonów. Rodzice opowiadali jak pociąg ruszył w kierunku wschodnim i od tej pory wszyscy byli zdani na łaskę i niełaskę. Zatrzymywali się by załatwić potrzeby fizjologiczne.

Ci co umarli byli zostawiani na stacjach kolejowych… Co się dalej działo z ich ciałami...?

Dojechali na miejsce zesłania. Następnie zawieziono ich do lasu, gdzie stały baraki. Umieszczono ich tam z innymi zesłańcami. Nawet po 30 osób. Tam ciężko pracowali przy wyrębie lasu. Mama mówiła, że takie grube drzewa ścinali, że jednego nie mogło objąć 6 mężczyzn. Nikt się nie martwił czy mieli co jeść, czy nie było im zimno, czy mogą się umyć. Było trochę błąkających się psów. Piekli je by zjeść i nie umrzeć z głodu… Pracowali odziani w mizerne ubrania od świtu do nocy przy dużych mrozach. Po jakimś czasie uciekli z Archangielska rzeką, na tratwie w kierunku Ukrainy. Potem pieszo szli nawet po 100 km. Tak dotarli do miejscowości Wajmusza (obecnie Ukraina) w 1943 r. Trafili do gospodarstwa, gdzie hodowano gęsi – mama opowiadała, że zaczęli pracować w kuchni. Nie wolno było im jeść tego, co gotowali. Mieli przydzielone głodowe racje żywności.
Dlatego „kradli” mięso gęsie i w ukryciu je jedli. Ale jak zakładali na twarz takie worki jak konie, by nie było widać, że jedzą - za „złodziejstwo” groziła śmierć. Ojciec wstąpił w lipcu 1943 r. do II Armii Wojska Polskiego. Szli z frontem.
W Warszawie przy przekraczaniu Wisły, gdy byli już po drugiej stronie brzegu zostali wzięci do niewoli przez Niemców. Ojciec trafił do obozu jenieckiego. Przebywał tam od października 1944r do kwietnia 1945 r.
Mama otrzymała wiadomość, że ojciec zginął na wojnie. Była zrozpaczona, ale miała syna…

Jak opowiadała w 1946 r. nastąpiła radosna chwila powrotu do Polski. Spełniły się marzenia wielu Polaków! Ubrani w łachmany, ale szczęśliwi wracali do kraju. Mój brat miał wtedy 9 lat. Powrócili do Polski w lutym 1946 r. Pojechali do rodziny męża mamy koło Warszawy i tam okazało się, że mój ojciec żyje. Stamtąd przyjechali do Osic, bo tu osiedlili się wcześniej - moje ciotki i wujkowie - rodzina Marcinkiewiczów.
Wszyscy trzymali się kupy. Moi rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. Tu urodziłem się ja.

Mój ojciec grał na skrzypcach. Przygrywał mieszkańcom Osic na zabawach.
Do kołchozu się nie zapisali bo…
W lutym 1977 r. przejęliśmy z żoną gospodarstwo po rodzicach.
W grudniu tego samego roku ojciec umarł.

Moja mama często opowiadała mi o Syberii. Opowiadała również, że ksiądz Zieja dał mamie monstrancję z kościoła jeszcze przed tym jak zabrali ich na Sybir. Mama powierzyła Ją swojej bratowej Helenie Stojak. Obecnie monstrancja znajduje się w kościele, w Bobrownikach nad Wisłą (koło Lipna blisko Bydgoszczy).

Dziś, gdy chodzę na miejsce spoczynku moich rodziców, widzę twarz mamy, która wyraża zwycięstwo nad losem i oprawcami. Za to ją kocham. Mamo, tato spoczywajcie w spokoju – wasz syn.

 

Wspomnienia przekazał syn Aleksander i synowa Władysława Stojak.
Spisała Karolina Koszykowska ucz. III klasy Gimnazjum w Suchym Dębie
Opiekun Jolanta Dombrowska

 

Śp. Ludwika Stojak zmarła 21 listopada 2004 r.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#3 AGNIESZKA STOJAK BOBROWNIKI 2010-04-05 18:24
Piękna lekcja historii.Słyszałam już wcześniej o tej monstrancji od swojego taty,który jest synem Heleny Stojak mojej babci.POZDRAWIAM
Cytować
#2 Jerzy 2008-04-10 23:44
Życzę dużo zdrowia - za piękną lekcje historii serdecznie dziękuję!
Cytować
#1 Marta 2008-03-13 23:44
Witam Rodzinę Pani Ludwiki
Przeczytałam wspomnienia bardzo wzruszające!
Podobnie jak u pani Marii
Moja rodzina przezywała podobną historię
Będę chciała również spisać historię moich dziadków
Nie pomyślałam o tym
Dziękuję za pomysł
Pozdrawiam Marta
Cytować