Harry Kussauer

 

 

Jest rok 1945. W Gdańsku są już Rosjanie.

 

            Czy można sobie wyobrazić bardziej traumatyczną sytuację dla dziecka niż taka, której uczestnikiem był mały Harry? Chłopiec ma 11 lat. Idzie ulicą pomagając ojcu i 13-letniemu bratu Edwinowi nieść nosze, na których leży ciężko chora matka. Towarzyszy im ich 7-letnia siostra Gerda. Są już na ulicy Kurzej (ówczesna Hühnerberg) a więc blisko celu, to jest szpitala przy ulicy Łąkowej (ówczesna Weidegasse), gdy zauważają idącą z naprzeciwka kolumnę żołnierzy. Zostają zatrzymani a dobrze mówiący po niemiecku oficer rosyjski decyduje aby wyznaczeni żołnierze zanieśli chorą do szpitala. Ojca zabierają ze sobą. Przerażone dzieci zostają na ulicy same…

Mimo upływu tak wielu lat to wspomnienie wciąż wyciska łzy z oczu panu Harremu, który decyduje się aby powierzyć nam swoje wspomnienia.

…Ich dom w Gdańsku, gdzie zamieszkiwali od czasów przedwojennych, jest spalony więc pozostają dziadkowie mieszkający w odległych o przeszło 20 km Osicach.

Chłopcy decydują aby tam właśnie pójść. Na szczęście znają drogę bo zdarzało się, że tam piechotą chodzili.
Ale ani dziadka ani babci nie zastają w domu. Opuścili wieś, kiedy zaczęły się bombardowania. Wyjechali i nikt nie potrafi powiedzieć gdzie są. Udają się do cioci Józefy, która wraz z dziećmi została.
           Ale co z mamą? Jak się później okazało - zmarła w szpitalu lecz nigdy nie dowiedzą się gdzie została pochowana. Ojciec trafia do obozu jenieckiego w Grudziądzu. A więc jest nadzieja. Czas upływa w niepewności.
Los okazuje się łaskawy - ojciec wraca z niewoli…

Nie mają natomiast tego szczęścia kuzyni Harrego: Paweł i Ginter. Ich ojciec, Ernst Kussauer, mąż ciotki Józefy z wojny nie wrócił. Zginął gdzieś tam, pod Stalingradem.
          I tu chciałabym przytoczyć pewną niesamowitą historię, którą usłyszałam od córki pani Ksawery Misztal – Wandy. Otóż opowiadała ona jak zaczęła się przyjaźń między jej mamą a panią Józefą.
Pani Ksawera pochodziła z Tarłowa. W czasie wojny była młodą dziewczyną. Panował głód i trzeba było pomóc mamie, która będąc wdową miała na utrzymaniu kilkoro małych dzieci.
Był rok 1943. Ksawera z kilkoma koleżankami została zwerbowana przez stacjonujący w ich miejscowości oddział Niemców do prania i cerowania ich garderoby. W zamian otrzymywała proszek i żywność (najczęściej była to prasowana słonina w puszkach).
Z tego czasu zapamiętała zdarzenie, które z pewnością uleciałoby z jej pamięci, gdyby los nie rzucił jej w te strony, tu do Osic.
Pewnego razu, wydający prowiant Niemiec pokazał jej zdjęcie przedstawiające dwóch małych chłopców ubranych w charakterystyczne paltociki. Byli to jego synowie. Mówił, że musiał ich opuścić bo został zmobilizowany. Miał łzy w oczach, kiedy mówił, że nie chce walczyć. Może już wtedy przeczuwał co czeka go w dalszej drodze na wschód.
          Kiedy skończyła się wojna, jak wielu innych, rodzina pani Ksawery zdecydowała się na opuszczenie rodzinnych stron i osiedliła się w Osicach. Czas był trudny ale ludzie na tyle na ile mogli pomagali sobie. We wspomnieniach wielu nowo przybyłych wraca imię pani Józefy, która tu wraz ze swymi dziećmi doczekała końca wojny. To ona właśnie dysponowała tą słynną maszynką do wyciskania owoców, którą pożyczali od niej ci, którzy używali tejże maszynki do wyciskania oleju. Odwiedzała panią Józefę także pani Ksawera. Któregoś razu wspominając dawne czasy wspólnie oglądały zdjęcia. Wśród wielu innych jedno wydało się pani Ksawerze znajome. Przedstawiało dzieci. Przypomniała sobie, że taką samą fotografię miał przy sobie Niemiec spotkany dawno temu w Tarłowie. Kiedy obie zaczęły rozmawiać o tym już nie miała wątpliwości, że to był właśnie mąż pani Józefy. Dzieci były ubrane identycznie, zgadzały się też imiona. 

…Ojciec pana Harrego po powrocie z niewoli zamieszkuje w Osicach. To z nim nawiązuje kontakt dziadek Franz przebywający w lagrze w Danii, gdzie trafił wraz z żoną i wnukami: Anną i Hansem, po „wyjeździe” stąd w 1945 roku. Decydują się na powrót.
Ojciec decyduje się założyć rodzinę z bratową Józefą, wdową po Ernście. Zaczyna się kolejny etap życia. 

Dla takich osób jak pan Harry największą barierą po wojnie był brak znajomości języka polskiego. W szkole, do której chodził w czasie wojny w Gdańsku uczył się po niemiecku. W domu też posługiwano się wyłącznie tym językiem.
- Ciężko było, mówi pan Harry. Często płakałem, ale nauczyłem się.
Wojsko odsłużyłem w kopalni w Katowicach. Wróciłem tu i tu pracowałem. Ożeniłem się i tu jest nasz dom.
Gerda wyszła za mąż i też pozostała w Polsce. Edwin zdecydował się na wyjazd do Niemiec w latach 60-tych. Ojciec zmarł w roku 1979 i jest pochowany na cmentarzu w Giemlicach.

 

            Jestem już dziadkiem i cieszę się że, moje wnuczki będą mogły bliżej poznać tak bogatą różne wydarzenia, historię i korzenie naszej rodziny.

 

 

Wspomnień wysłuchali:

Justyna Gortat, uczennica kl. II Gimnazjum w Suchym Dębie

Karol Milewczyk, uczeń kl.V  Szkoły Podstawowej w Suchym Dębie

Opiekun Halina Milewczyk

Grudzień, 2007

 Śp. Harry Kussauer zmarł 7 kwietnia 2009 r.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#2 Adaś Kussauer 2009-11-29 18:17
Piękne wzruszające wspomnienia , aż miałem gęsią skóre , to są prawdziwe z życia wzięte wspomnienia
Cytować
#1 Roman 2008-02-09 23:18
Wzruszające ale prawdziwe. W sumie los autochtonów którzy pozostali na swych dawnych ziemiach był bardzo podobny.
Cytować