„NOWY DOM W KRZYWYM KOLE” -
wspomnienia Marianny Janiny Nowak z Krzywego Koła

Urodziłam się 1.05.1928 roku w Klimontowie. Było to małe miasteczko w centralnej Polsce. Mój ojciec był leśniczym, a mama zajmowała się domem. Miałam dwóch braci, jeden został szewcem, a drugi agronomem. Bardzo dobrze wspominam swoje dzieciństwo spędzone w Klimontowie. Ten czas beztroski przerwało rozpoczęcie wojny w 1939 roku. W naszej miejscowości nie było wielkich walk. Mój ojciec był uczestnikiem wojny wrześniowej 1939 roku. Po jej zakończeniu i powrocie do domu wkrótce zmarł.

Gdy Niemcy zajęli miasteczko, zamknęli polską szkołę. Naukę kontynuowałam po kryjomu w prywatnych mieszkaniach. Gdy władze niemieckie pozwoliły na otwarcie szkoły, uczyłam się dalej. Tak ukończyłam podczas wojny szkołę powszechną, czyli podstawową. Uczyłam się dalej u sióstr zakonnych w prowadzonej przez nich szkole. Początkowy spokój czasu wojny zmienił się wraz ze zbliżającym się frontem wschodnim. Nasilające się walki i bombardowania niszczyły również naszą miejscowość, Klimontów. Pamiętam, że podczas walk nocnych pewnego dnia zginęło 48 osób z naszego miasteczka. Zbombardowano szkołę i nasz rodzinny dom. Musieliśmy przeprowadzić się do innego budynku, a naukę rozpocząć w nowych pomieszczeniach.

Mojego brata Niemcy pochwycili i wywieźli na roboty do Niemiec. Praca była ciężka i trudna. Brat salwował się ucieczką. Bardzo wychudzony i zmęczony wrócił do rodziny. Wyzwolony Klimontów przez Armię Czerwoną witaliśmy wspólnie: ja z mamą i braćmi.

Przed wojną, podczas jej trwania i po jej zakończeniu utrzymywaliśmy stały kontakt z ciocią z Gdyni. Jej opowieści o północnych rejonach kraju, pięknych i przyjaznych krajobrazach działały na naszą wyobraźnię. Gdy ciocia przyjechała, bez trudu namówiła nas na podróż na żuławską wieś Krzywe Koło. Znała ją z czasów przedwojennych pod nazwą Kriefkohl. Moi braci pojechali jako pierwsi, by wybadać sytuację, a ja z mamą pozostaliśmy w domu. I ja wkrótce do nich dołączyłam. Dokładnie dotarłam do Krzywego Koła 3 września 1945 roku. Zamieszkaliśmy w dużym poniemieckim domu ze stajnią i innymi pomieszczeniami gospodarskimi. Razem z nami mieszkało jeszcze trzech innych gospodarzy.

Moje pierwsze wspomnienia z Krzywego Koła były bardzo pozytywne. Bardzo mi się tu podobało, było inaczej niż w mieście. W kościele żołnierze radzieccy trzymali swoje konie. Dach świątyni był dziurawy i często zalewała go woda deszczowa. Młodzi ludzie, tacy jak ja, naprawiali i łatali dziurawy dach. Na terenie wsi domy nie były zniszczone przez działania wojenne, tylko stodoły były spalone. Pamiątką po walkach były reflektory, które stały na terenie wsi. Droga przebiegająca przez miejscowość była brukowana. W Krzywym Kole nie było sklepu, więc po sprawunki chodziliśmy do Pszczółek. Ta droga była asfaltowa, ale mocno zniszczona i poprzecinana torami kolejki wąskotorowej. Przed wojną miejscowi gospodarze przewozili nią buraki cukrowe ze Steblewa, Koźlin i Krzywego Koła do Pszczółek.

Pierwsze święta Bożego Narodzenia spędziłam tylko z ciocią w pustym domu. Brakowało nie tylko mebli rozszabrowanych, czyli wywiezionych przez złodziei, ale braci i mojej mamy. Gdy mój brat powrócił z Klimontowa, był bardzo smutny. Pocieszałam go i podnosiłam na duchu, aby wyjawił przyczynę takiego przygnębienia. Odpowiedział tylko: „Nie ciesz się siostro, matki już nie masz, matka na cmentarzu”. Ta wiadomość podziałała na mnie jak grom z jasnego nieba. Zostaliśmy sami z braćmi gospodarzami w nowym naszym domu w Krzywym Kole.

Miejscowość powoli się zaludniała, docierali nowi osadnicy. Na obecnym boisku był piękny park. Wieś nie miała własnego sklepu i poczty. Pierwszym sołtysem był pan Kopania, a po nim pan Nowak.

Wspólnie z braćmi pracowałam na naszym gospodarstwie, które liczyło 14 ha. Hodowaliśmy dużo zwierząt. W Krzywym Kole nie było wówczas prądu, a wodę czerpaliśmy ze studni. Wieczorami organizowano spotkania młodzieży, tańce i wspólne śpiewy.

W 1948 roku wyszłam za mąż, a ślub odbył się w Pszczółkach. Kościół w naszej miejscowości nie został jeszcze poświęcony. Miało to miejsce w 1949 roku. Pojawił się również we wsi prąd. Mój mąż pracował w spółdzielni, a jej częścią była nasza stajnia (spółdzielnię rozwiązano w 1956 roku).

Większość prac wykonywano ręcznie. Wysuszoną pszenicę młóciło się cepami. Wyczyszczona i przesiana doskonale nadawała się do pieczenia z niej chleba. Chleb piekło się wówczas w domu. Był bardzo dobry, a czas wypieku wynosił dwie godziny.

Około 1950 roku na skrzyżowaniu wsi pojawiła się przydrożna kapliczka.

Przy kościele był zlokalizowany piękny cmentarz z zadbanymi nagrobkami i metalowymi ogrodzeniami. Pewnego razu odwiedził go Niemiec, którego ojciec został tam pochowany. Odwiedzał również nasz dom i wspominał czasy dzieciństwa spędzonego w Krzywym Kole.

W 1968 roku spłonął dom, w którym mieszkaliśmy. Wkrótce spłonęła nasza stajnia, która była bardzo duża i w której zginęło wiele zwierząt hodowlanych. Wybudowaliśmy nowy dom, w którym obecnie mieszkamy.

Po wielu latach odwiedziłam rodziną miejscowość, Klimontów. Odżyły dawne wspomnienia lat dziecinnych.

Nie żałuję jednak, że zamieniłam Klimontów na Krzywe Koło. Żyję już tutaj 63 lata i nadal mi się tu podoba. Pamiętam, że od dawnego domu podcieniowego do kapliczki było tylko pięć domów, a teraz jest ich znacznie więcej. Wieś się rozwija i unowocześnia. Na przestrzeni wielu lat powstała szkoła, w której uczyły się moje dzieci. Jest również sklep, kościół. Dobrze się mieszka w naszym Krzywym Kole.








Druga połowa lat 40 - młodzież Krzywego Koła przy pomniku w Krzywym Kole
(obecnie sklep spożywczy)


Wspomnienia opracowała
uczennica Patrycja Chrząszcz.
Opieka nauczyciela Tomasza Jagielskiego.
 
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#2 Patrycja 2008-04-30 23:13
No jestem z siebie zadowolona, chociaż treść trochę uległa zmianie.
Jest Ok.
Cytować
#1 Małgosia 2008-04-10 23:13
Treść wypowiedzi niezwykle barwna, a jednocześnie pełna konkretów poszerzających wiedzę historyczną niejednego czytelnika./ Gratuluję opowiadającej i opracowującym!!!!!!!!!!!!
Cytować