Wspomnienia pana Zdzisława Mędyka

Pan Zdzisław Mędyk lubi wspominać rodzinne strony. Pochodzi ze wsi Prawiedniki Kolonia koło Lublina.
- Mieszkaliśmy przy lesie. Wieś była zwarta, białe, zbudowane z kamienia domy stały blisko siebie.

Nasz rozmówca szybko, bez długiego namysłu, jakby to było dziś, a nie 60 lat temu wylicza nazwiska gospodarzy mieszkających przed wojną w Prawiednikach Koloni: Fryga, Kuna Leszczyński, Skobieś... Widząc zdziwienie na naszych twarzach śmieje się.

Tak, tak... Nic mi się nie pomyliło. Tam w Prawiednikach i tu w Koźlinach dużo tych samych nazwisk. Wiele rodzin przeniosło się tutaj po wojnie.
Okolica była tam ładna, ale ziemia uboga. Dużych gospodarstw we wsi było mało, wielu ludzi żyło z wyrobku. Już małe dzieci wysyłano na służbę do bogatych gospodarzy. Po szkole pasły krowy, pilnowały dzieci, pomagały w polu. Miały za to wyżywienie, a ich rodzina dostawała za ich pracę zboże. Starsi chłopcy /16 i 17 letni/ z małych gospodarstw szli najczęściej za parobka. Ciężko pracowali, a spali najczęściej w stajni lub oborze, nie w domu. Takie to były czasy. Tych młodych ludzi żadna przyszłość tam nie czekała. Po 1945 roku wielu z nich wyjeżdżało. Nie liczyli na łatwe życie, ale na życie na swoim.

Z mojego dzieciństwa mam dużo różnych wspomnień. Wiele jest miłych i wesołych, ale bardziej pamiętam te gorsze, smutne. Gdy miałem 9 lat zmarł ojciec. W czasie jego choroby sprzedaliśmy wszystko co się dało: trzy krowy, konia, wialnię, kierat. Została nam tylko ziemia i jedna krowa. Nawet w Banku Rolnym w Lublinie zaciągnęliśmy pożyczkę. Wszystko na nic. Po śmierci ojca mama została sama z czwórką małych dzieci. Najstarszy brat miał 12 lat, najmłodszy dwa.. Trzeba było żyć dalej. Mama i babcia robiły wszystko, aby utrzymać gospodarstwo, my również od dziecka ciężko pracowaliśmy na roli.

Dodatkowych pieniędzy dostarczał nam duży sad czereśniowy i las. To wspomnienie wywołuje uśmiech na twarzy pana Zdzisława.
Jakie tam u nas były lasy... Grzyby można było zbierać w tych samych miejscach dwa razy w ciągu dnia. Poziomki w młodych drzewach były słodkie i duże, szybko zapełniały kosze. Zrywaliśmy również w lesie storczyki i sprzedawaliśmy po 24 groszy za sztukę (kilogram chleba kosztował wówczas 45 groszy).

Ładna okolica przyciągała także letników. Do nas co roku przyjeżdżał z rodziną dyrektor banku z Lublina. Dzięki jego pomocy po skończeniu szkoły podstawowej we wrześniu 1939 roku miałem rozpocząć dalsza naukę i pracę w wytwórni samolotów w Lublinie. Bardzo się cieszyłem Po wakacjach wyjeżdżałem do miasta uczyć się i pracować. Było to dobre rozwiązanie dla całej rodziny. Wszyscy nie mogliśmy zostać na 6 hektarowym gospodarstwie. Nadszedł wrzesień i rzeczywiście w moim życiu dużo się zmieniło, ale nie tak jak chciałem. Nie mnie jednemu wojna pokrzyżowała plany. Pan Zdzisław Mędyk na chwilę przerywa opowiadanie. Jak wielu z jego pokolenia był świadkiem i uczestnikiem trudnych do wspominania wydarzeń . Najpierw kampania wrześniowa. Dobrze pamiętam nadlatujące samoloty i bombardowanie Lublina, po którym zrobiło się tłoczno w naszym domu. Schronili się u nas znajomi letnicy uciekający do Rumuni. Potem okres okupacji hitlerowskiej i wieczorne wizyty partyzantów, których w naszych lasach było sporo. W 1943 roku trafiłem na przymusowe roboty do Junaków w Lublinie. Skoszarowany i pilnowany przez Niemców pracowałem tam przy darnowaniu i czyszczeniu torów kolejowych. Potem udało mi się przenieść bliżej domu na budowę torów w Zemborzycach. I tak mijały czasy okupacji. Było ciężko. Ale tego co zobaczyłem na Majdanku zaraz po wyzwoleniu Lublina w 1944 roku nie da się opisać... brak słów. O obozie, że jest, że giną tam ludzie wiedzieliśmy wszyscy w okolicy. Zginął tam również nasz sąsiad ze wsi, i mój kolega z Junaków, którego przyłapano na wynoszeniu amunicji z niemieckich transportów. Ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy, co tam się działo ...Brak słów.

Po wyzwoleniu Lublina w 1944 roku zostałem powołany do wojska. Przez dwa tygodnie obierałem ziemniaki i czekałem na mundur- śmieje się nasz rozmówca. Na front już nie trafiłem. Po krótkim szkoleniu przydzielono mnie do oddziałów operacyjnych w wyzwolonej Warszawie. Dowódca namawiał nas na pozostanie w wojsku, kusił mieszkaniami w stolicy. Mnie jednak bardziej skusiła żyzna żuławska gleba, którą mama zachwalała w napisanym do mnie liście. Tak to już jest „wilka ciągnie do lasu”- śmieje się nasz rozmówca i rozpoczyna drugi rozdział swoich wspomnień. Rozdział żuławski.

Z listu dowiedziałem się również, że dwaj moi bracia, wujek i wiele rodzin z naszej wsi już osiedliło się w Koźlinach. Wróciłem do domu, pomogłem starszemu bratu przy żniwach i wyjechałem na Żuławy. Do Koźlin przyjechałem 1 września 1945 roku. Pogoda była piękna, a ziemia, którą zobaczyłem rzeczywiście tłusta, spękana. W głębokie szpary można było wsadzić całą rękę. Wujek i bracia bardzo się ucieszyli z mojego przyjazdu. Rąk do pracy brakowało. Wszyscy opowiadali ile to zboża skosili i w snopkach na polu stoi, a w stodole ciągle pustki. Pogoda cały czas była piękna. Dwa tygodnie zwoziliśmy plony do domu. Żniwa się udały, ale były to dziwne żniwa. Zbieraliśmy zasiewy naszych poprzedników. (...)Potem młocka. Pomagał nam Wolf – rolnik z Czatków, który miał lokomobilę. Wszystkich zmobilizował do pracy. 6 rano, gwizdek maszyny i praca ruszała.
Jesienią zasiewy. Sialiśmy już na  przydzielonych nam gruntach. We wsi mieszkał geodeta, Stajniak się nazywał. On robił pomiary gruntów i dzielił pola. Dostałem około 14 hektarów.

Pierwsze miesiące spędzone na Żuławach były dla nas wszystkich bardzo pracowite. Żniwa, omłoty, zasiewy wszystko szło dobrze. Nie mogliśmy doczekać się następnych żniw, naszych własnych zbiorów na nowej ziemi.

W 1945 roku w Koźlinach spotkali się przybysze z różnych stron kraju i pozostała ludność niemiecka, ale nie było we wsi wrogości. W pierwszych miesiącach naszego pobytu byli tu również radzieccy żołnierze, nawet z jednym z nich prąd zakładałem. W każdym jednym narodzie są ludzie dobrzy i źli. Sam pamiętam, gdy pracowałem w Junakach niektórzy Niemcy traktowali nas dobrze. Rozmawiali, opowiadali o swojej rodzinie pozostawionej w Niemczech, byli życzliwi. Inni traktowali nas nieludzko... Wszystko zależy od człowieka.

Po przyjeździe we wrześniu zamieszkaliśmy w tzw. barakach .Były to trzy długie budynki, które przed wojną zajmowali pracownicy najemni bogatych gospodarzy. (do dziś zachowały sie tylko fragmenty tych domów, obecnie w jednym z nich mieszka pan Gardziński). Potem po regulacji gruntów i opuszczeniu wsi przez żołnierzy, zajęliśmy duży dom po Jonasie. Podobno był on właścicielem około 350 hektarów. W jednej części zamieszkała mama z babcią i młodszym bratem, w drugiej ja z żoną. (Tak, tak.... uśmiecha się nasz rozmówca. Zimą pojechałem w rodzinne strony, ożeniłem się i wróciłem na Żuławy wiosną, z żoną i parą zwierząt na dobry początek. Była to krowa od teścia i loszka od mojej mamy.) Później do domu dokwaterowano nam jeszcze jedną rodzinę.

Wiosną czekaliśmy na plony naszej jesiennej pracy. Pszenica kłosy zawiązała i... przyszła plaga myszy. Zjadły wszystko. Nigdy w życiu czegoś podobnego nie widziałem. Myszy sprytnie podgryzały na dole źdźbło, kłosy się przewracały i wówczas bez problemu zjadały ziarno. Ziemię pokrywała tylko gruba warstwa sieczki. Chodzącym po polu spod nóg uciekały chmary myszy. Jakby tego było jeszcze mało cały czas padał deszcz. Na dobre plony ziemniaków i buraków też nie można było liczyć. Ludzie byli zniechęceni, część gospodarzy wyjechała dalej na ziemie zachodnie, inni wracali w rodzinne strony. Po roku na Żuławach nie żywiły nas własne plony. Żywiła nas UNRRA. A my zaczęliśmy walkę z gryzoniami. Dostaliśmy zatrute ziarno, wkładaliśmy je na polu do norek. Pamiętam również towarzyszące nam podczas jesiennych prac stada wron. Za pługiem czarno było od ptaków, z łatwością łapały wyrzucane podczas orki myszy. Nadziei na lepsze jutro - z którą przybyliśmy tu rok wcześniej - ubywało.

Przyszedł czas kolektywizacji. W Koźlinach powstawał PGR. Trzeba było dokonać nowego podziału pól. Otrzymane w 1945 roku akty nadania ziemi unieważniono. W zamian wziąłem inny 6,8 hektarowy kawałek pola, ale podatku z tego znacznie mniejszego pola naliczono już nam tyle samo co z tego dużego. Nie byliśmy już gospodarzami, nowymi osadnikami na Żuławach tylko „kułakami”. Pamiętam jak w 1953 roku na zebranie wiejskie przyjechali urzędnicy z Rady Powiatowej i z województwa namawiać na zakładanie Spółdzielni Produkcyjnej. Siedzieliśmy dwie godziny, słuchaliśmy przybyłych i nic. W końcu zdenerwowany urzędnik powiedział „Kto jest przeciw powstaniu Spółdzielni Produkcyjnej w Koźlinach proszę opuścić zebranie”. Prawie wszyscy wyszliśmy. Zapisało się tylko 4 lub 6 rolników, dokładnie nie pamiętam. Jednak czasy były bardziej skomplikowane niż nam się wydawało.... Później po wielu namowach i zastraszaniu sami pisaliśmy podania o przyjęcie do Spółdzielni. W końcu przystąpiła do niej większość rolników z naszej wsi. Wspólne gospodarowanie nie trwało jednak długo, chyba tylko trzy lata. Każdy chciał dobrze żyć, a mało robić. Nic dobrego z tego nie wyszło.
Początki były trudne, ale były też i dobre lata. Nie można tylko narzekać. Przybyliśmy na Żuławy bez majątku. Jako osadnicy dostaliśmy ziemię. Jej wartość wyszacowano w zbożu. Dług spłacaliśmy latami. Ale... spłaciliśmy, wybudowaliśmy nowy dom, wykształciliśmy dzieci. Trudno teraz „gdybać” co by było, gdyby życie potoczyło się inaczej.

 

Zdjęcia z albumu rodzinnego pana Zdzisława Mędyka



zdjęcie rodzinne: rodzice, babcia, rodzeństwo (pierwszy od lewej Zdzisław Mędyk)



dom rodzinny w Prawiednikach Koloni , w którym pozostał najstarszy brat pana Zdzisława. Mędyka (zdjęcie powojenne)



Zdzisław Mędyk; II Wojna Światowa - okres pracy w Junakach




Zdzisław Mędyk; pamiątka z wojska



Zdzisław Mędyk z żoną i dziećmi; Koźliny lata 50




przejażdżka po Koźlinach; lata 50, główna droga Tczew-Gdańsk

 

Wywiad przeprowadziła: Anna Jankowska
uczennica kl. III Gimnazjum w Suchym Dębie
Pomoc w opracowaniu: Katarzyna Chajek

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

#1 Dorota 2013-05-22 22:34
super wywiad, polecam wszystkim:-)
Cytować