Pani Gertruda Olszewska ur.26.07.1942 r. w Borętach, z domu Dombrowska
„Nasza rodzina była liczna: jedenaścioro dzieci oraz rodzice.”
- Mieliśmy swój dom, ziemię, tato był dróżnikiem w Borętach.Jak miał przejść front rosyjski, to wysiedlono nas. Musieliśmy wyemigrować, aż do Sławna pod Koszalin.
Jechaliśmy 14 dni pociągiem. Nocą się parę kilometrów jechało , a w dzień staliśmy w polach.
Matka na postojach pociągu, jak zobaczyła krowę, to ją doiła i było trochę mleka. Zobaczyła opuszczony dom, to upiekła chleb - mąkę mieliśmy ze sobą.
I tak przeżyliśmy podróż.
Jechaliśmy wraz z 7 rodzinami.
Jak się okazało, to front przyszedł pod Koszalin, a nie za Wisłę. Zamieszkaliśmy w dużych magazynach. Ale nie trwało to długo. Dostaliśmy przepustki, wóz i konie i takim „transportem” wracaliśmy z powrotem na swoje tereny.
Był luty, zima, mróz. My w pierzynach – 9 małych dzieci..... Konie nam zabrali tuż pod Borętami. Nasze tereny były już zajęte przez uchodźców z Rosji.
Nasze mieszkanie było również zajęte, tak że nie mieliśmy się gdzie podziać.
Dostaliśmy mieszkanie w baraku. Później dali nam pokój, gdzie podłogi nie było - sama glina. Musieliśmy się od nowa dorabiać.
Mieszkaliśmy tak do czasu przyjazdu braci, którzy byli na froncie. Mama wcześniej nic o nich nie wiedziała. Gdy powrócił pierwszy brat, po sześciu latach w 1946r., bez dokumentów, bez żadnych swoich „papierów”, to w Palmową Niedzielę przyszli do naszego domu ludzie z urzędu bezpieczeństwa. Podejrzewali ,że jest on uciekinierem. Niby mieli nas pilnować, ale było odwrotnie - ukarali nas. Wojsko kazało nam się wyprowadzić . Mama uprosiła , by nas zostawili. Powiedziała: „ W Palmową Niedzielę 12- osobową rodzinę wywieziecie do jakiegoś gospodarstwa?”
Tata się w ogóle nie odzywał, bo by go jeszcze zastrzelili...
Ja nie pamiętam żadnej polityki, bo byłam jeszcze małym podlotkiem - nie wiedziałam o co chodzi. Po kilku latach jakoś to ucichło...Znam to z opowieści rodziców oraz starszego rodzeństwa.
Później jak zawiązywał się PGR to ojciec otrzymał mieszkanie. Mieszkaliśmy tam, dopóki nie dorośliśmy. Ojciec bardzo wcześnie umarł – w 1958 r.
Moja siostra wyszła za mąż i osiedliła się w Osicach. Ja wyjechałam w koszalińskie, tam uczyłam się i pracowałam. Byłam kucharką, kelnerką oraz zdobyłam zawód sprzedawcy.
Od 1967 r. jestem na stałe w Osicach. Tu wyszłam za mąż, urodziłam 3 dzieci.
Na początku mieszkałam u Olszewskich. Później otrzymałam od gminy mieszkanie, w którym mieszkam 35 lat. Nad werandą z pruskim murem i podcieniami były 2 pokoje. Podłoga była taka ładna...
Pracowałam w GS w Suchym Dębie, potem 13 lat w „Klubie Rolnika” w Osicach jako kierownik. Prowadziłam kółka plastyczne, recytatorskie, organizowałam różne konkursy. Byłam z-cą przewodniczącej KGW. Razem z członkiniami organizowałyśmy przedstawienia, jeździłyśmy z występami do okolicznych wsi, do Pruszcza. Zajmowałyśmy pierwsze miejsca i za to otrzymywałyśmy nagrody pieniężne.
Za nie kupowałyśmy potrzebne rzeczy na świetlicę. Za 16 tysięcy zł zakupiłyśmy magiel. Stał w szkole, gdzie teraz jest...? nie wiem.
Można powiedzieć, że wieś się rozwijała. Coś się działo.
I taki ciężki żywot miałam. Przeszłam na emeryturę.
Jest nas cztery siostry, mieszkamy w Osicach.
Cała rodzina pożeniła się, gdzie kto mógł kupił lub zapracował na mieszkanie.
Wspomnień wysłuchały:
Anna Bielińska i Justyna Gortat
ucz. II klasy Gimnazjum
w Suchym Dębie
wspomnienia spisała -Justyna Gortat
opiekun Jolanta Dombrowska
Zdjęcia z archiwum pani Gertrudy Olszewskiej
Na zdjęciu w pierwszym rzędzie od prawej 2 dziadek Izydor obok babcia Małgorzata Partyka
od prawej strony ostatni rząd ojciec Antoni obok Marianna Dombrowscy z dziećmi
na ślubie mamy siostry
chórzystki - po prawej pierwsza w drugim rzędzie pani Gertruda
Lichnowy
Pani Gertruda
pani Gertruda z prawej (20 lat)
z koleżanką z pracy
Karnawał w „Klubie Rolnika „w Osicach
od lewej Kazimierz Wojdyr, p.Gertruda, Zygmunt Faliński








ziękuję za te wspomnienia....